O powieści „AZ” Krzysztofa Urbana

Obserwowanie ogrodu, zanurzanie się weń było nawykiem Cypriana, a w istocie rzeczy codzienną ceremonią. Każdego ranka przed pracą doglądał roślin i opiekował się nimi […]. 

    Pewnego dnia Cyprian Garbarczyk w trakcie wizyty w swoim ukochanym i własnoręcznie wypielęgnowanym ogrodzie traci nad sobą panowanie i – najpierw tam, a później w domu – dokonuje ogromnych zniszczeń. Następstwem tego nieoczekiwanego ataku jest utrata przez niego pamięci, która od tej pory świeciła pustką. Mężczyzna nie umie odnaleźć drogi do swej przeszłości, nie reaguje na swoje imię ani nazwisko, każąc, nie wiadomo dlaczego, nazywać się AZ.

Sprawa wyglądała inaczej, gdy przebywał w ogrodzie z roślinami. Wiedział o nich wszystko. Znał ich historię. Kładł się w polu obok nich i rozmawiał z nimi. Do krzaka melisy zwracał się słowem „brat”. O selerach naciowych twierdził, że są jego kuzynami. Przy perzu, który wciskał się do ogrodu z dzikiej łąki graniczącej z ogrodzeniem, ściszał głos i mówił „przyjacielu”. Chciał go w ten sposób obłaskawić, pozyskać przychylność i namówić do współpracy. Perz jednak nie lubił się przyjaźnić. Miał własne zdanie i nikogo nie słuchał. Po cichu rozprzestrzeniał się pod ziemią, wypuszczał białe korzenie ostre jak drut, przebijał powoli ziemię niczym dżdżownica, przemykał wśród korzeni innych roślin i centymetr po centymetrze zagarniał dla siebie teren. Kiedy uznał, że odpowiednio zasiedlił podziemie, wznosił się do góry, wypuszczał małe, niepozorne, a nawet niewinnie wyglądające kiełki nad powierzchnię ziemi, wygrzewał się, przetwarzał w sobie słońce, nabierał energii i wtedy pełen mocy zawężał przestrzeń korzeniom innych roślin, odbierał im wodę, zaciskając skutecznie pętle na ich korzeniach i łodygach.

    W ten właśnie sposób Cyprian (albo AZ) postrzegał świat natury, będąc wielkim miłośnikiem przyrody i zagorzałym ekologiem, niestety niezrozumianym przez znaczną większość otoczenia. Na szczęście doskonale rozumie go narrator, który – podczas kreowania sposobu postrzegania świata przez swego bohatera – operuje subtelnym i plastycznym językiem, oddziałując sugestywnie na wyobraźnię czytelnika. Od pierwszej wspólnej wizyty wraz z Cyprianem w jego ogrodzie możemy się bowiem domyślać, iż odegra on ważną rolę w opowiadanej historii. Nie przypuszczamy jednak, że będzie ona sięgać swymi korzeniami aż w tak odległą przeszłość, czyli w czasy II wojny światowej.

    Klamrę wiążącą te odległe czasy stanowi historia ciotki Luty. Traumatyczne doświadczenia i przeżycia wypaliły bolesne piętno na psychice tej młodej wówczas kobiety, która przeżywszy piekło wojny, nie umie (ale i nie chce) poradzić sobie ze swymi wspomnieniami. Są one na tyle wstrząsające, że tak naprawdę Luta umarła wraz ze swymi bliskimi w czasach okupacji, później, będąc wrakiem człowieka, istniała już tylko fizycznie.

Jak to możliwe, że ogród wokół ich domu, ziemia, która od wieków należała do rodziny Kosterów, w niepojęty sposób przechowuje w swoim wnętrzu, w jakiejś nieokreślonej głębi, niby w sejfie, różne zdarzenia i opowiada historię ludzi, którzy dawno odeszli?

    Powieść „AZ” to jednak nie tylko historia Cypriana czy ciotki Luty, prezentuje bowiem bogatą galerię różnorodnych postaci. Spośród bohaterów na uwagę zasługuje rodzina Judyty Roztworowskiej, szczególnie zaś jej chora na nowotwór córka Madzia. Narrator z wielkim oddaniem, niekiedy zaś podziwem czy współczuciem, kreśli losy i przeżycia dziewczynki dzielnie zmagającej się nie tylko z chorobą czy jej nawrotami, ale i problemami rodzinnymi – rozwodem rodziców, ciągłymi nieporozumieniami między najbliższymi jej osobami, które nie zawsze zdają egzamin z dorosłości.

    W roli dobrego ducha czuwającego nad małą pacjentką i jej matką dobrze odnajduje się AZ, sprawując nad nimi opiekę w trudnych dla nich chwilach. Mimo utraty pamięci i zapomnienia o swojej rodzinie, którą tworzył kiedyś z żoną Agatą i synem Kacprem, potrafi wspierać je w walce, rozśmieszać czy ocierać łzy rozgoryczenia. Czerpie jakąś niezwykłą siłę ze swego ogrodu, przyrządza z rosnących w nim warzyw „życiodajne” soki dla Madzi, by przywrócić jej siły do walki z chorobą. Dostrzega to, czego nie widzą inni, podnosi na duchu zrozpaczoną i zmęczoną Judytę. A czyni to zupełnie bezinteresownie.

Rośliny pojawiają się na ziemi nie dlatego, by zaistnieć dla zaistnienia, ale żeby współgrać ze wszystkim, co je otacza. Korzystają ze słońca, piją deszcz z chmur, pozwalają, by się nimi opiekowano, szumią, gdy kołysze je wiatr, dają schronienie pająkom, muszkom i robaczkom. A kiedy przychodzi odpowiednia pora, oddają siebie najpiękniejszym modelkom albo chorym dzieciom. Seler jest dobry, ponieważ wzrasta do dobra.

    I tu ponownie chciałabym zwrócić uwagę na postać narratora, który ze znawstwem i wrażliwością opisuje nie tylko niezwykły świat roślin, ale również szpitalne życie małych pacjentów i ich rodziców, pokazując, z jakimi problemami muszą się borykać, jak reagują na śmierć dzieci.

Jednak czas szpitalny płynął całkowicie odmiennie od tego sprzed choroby. Zegary były tu nakręcane nie wiadomo przez kogo i jak. Nagle wskazówki czasomierza mogły zatrzymać się gwałtownie, niezależnie od wyników badań, modlitw i planów rodziców, nadziei lekarzy i niewinności dzieci. Tak stało się z zegarem Samanty.

Śmierć dziecka w szpitalu jest najpierw słyszalna. Pielęgniarki przychodzą do małych pacjentów z lekami i milczą. Rodzice wyłączają telefony. Dzieci chowają do szuflad tablety. Wszystkie telewizory w pokojach jak na komendę gasną – zamieniają się w ciemny smutek.

    Szpitalna rzeczywistość to nie tylko nieustanna walka o życie dziecka, to nie tylko chwile bezradności, strachu czy bezsenności, to również lekcja pokory, przyjmowania codzienności takiej, jaka jest, to bezwarunkowe trwanie przy chorym dziecku – i jak słusznie zauważa narrator – trzeba się tego nauczyć.

Życie w szpitalu, codzienne obowiązki, powtarzające się czynności, ciągłe patrzenie na kapiące kropelki leku sprawiały, że strach zmienił jej odczuwanie. Przestała się kurczyć. Ucieczka stała się absurdem. Ból rozpuszczał się w działaniu. Zrozumiała, że jedynie, co może zrobić, to starać się o wygodę Madzi, otoczyć córkę opieką, troską o nią i życzliwością. Wtedy pojawiała się w niej radość. Przestała się licytować i zastanawiać, która z nich bardziej cierpi. Przypuszczała, że Madzia może w każdej chwili się poddać – z osłabienia, apatii, depresji, braku odporności, zatrucia lekami. 

Judyta poddać się nie chciała. Nie miało to nic wspólnego z walką o córkę, walką z chorobą, swoją słabością, niewyspaniem, brakiem pieniędzy czy z byłym mężem. Działała więc i bezwarunkowo trwała przy córce. 

    Powieść Krzysztofa Urbana dotyka wielu istotnych problemów: rodzinnych, związanych z chorobą nowotworową dziecka, dotyczących poszukiwań własnej tożsamości czy ścieżek życia. Zawiera wiele ciekawych opisów z życia roślin, zwierząt, z którymi ludzie powinni tworzyć wspólnotę, czerpiąc siły z życiodajnej natury – czasami bowiem wystarczy, tak jak czynił to AZ, skupić się na słuchaniu i obserwacji tego, co dzieje się wokół nas, by wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Wybory są bardzo trudne. Gdy ktoś nie wie, co ma zrobić albo jak postąpić, może zapytać o to sałatę albo tymianek. Mało jest ludzi, którzy rozmawiają z roślinami, choć tak naprawdę wszyscy mogą to robić. Słuchanie szelestu liści, patrzenie na wzrastanie łodyg, obserwacja kwiatów to odpowiednia rozmowa, by dowiedzieć się, która roślina lubi pełne słońce, a która półcień, która lubi towarzystwo bazylii, a która majeranku. O tym wszystkim można przeczytać w różnych książkach. Lecz ogród jest w nieustannym ruchu. Wciąż się zmienia. Wiedza w poradnikach nie rusza się, jest zamkniętą całością i jeszcze nikt nie napisał takiej książki, która przewidziałaby wszystko. 

    Przywołany przed momentem cytat to fragment dziennika AZ, czerpiącego swą siłę i mądrość z naśladowania natury, dzięki czemu człowiek staje się bardziej otwarty na potrzeby drugiego. Tytułowy AZ właśnie tak postrzegał otaczający go świat, choć nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego przestał być Cyprianem, a stał się AZ. Rozwiązanie tej zagadki może jednak poznać czytelnik w trakcie lektury powieści. Powieści wiążącej teraźniejszość z przeszłością. Powieści ukazującej, że historia musi czasem zatoczyć koło, by to, co złe, odeszło w niepamięć i przyniosło owoce.

    „AZ” to piękna i mądra opowieść, którą z pewnością warto przeczytać! Zawiera wiele interesujących wątków, których jednak nie sposób wszystkich w kilku zdaniach opisać. Przyjemność ich poznawania pozostawiam więc czytelnikom, mając nadzieję wzbudzić ich ciekawość.

Więcej: https://eklektycznasiedem.blogspot.com/2021/04/krzysztof-urban-az.html#more