Krzysztof  Urban, autor powieści „Dożywotka”, historii młodego człowieka, osadzonego za drobne kradzieże w zakładzie karnym w ostatnim okresie PRL-u, stworzył w tamtej książce sugestywny wizerunek bohatera, zagubionego w ówczesnej rzeczywistości i odzyskującego stopniowo realny ogląd świata i własną tożsamość, uwolnioną od poczucia winy i presji przestępczego środowiska. Wielkim walorem „Dożywotki” był język bohatera, oparty o autentyczną więzienną grypserę i wzbogacany w miarę rozwoju akcji o wyrazistą, soczystą polszczyznę.

    Cykl dziesięciu opowiadań „Data umierania”, zaopatrzonych w podtytuł „Alkoholowy kit”, to kolejna próba zmierzenia się Krzysztofa Urbana z trudnym tematem i niekonwencjonalnym językiem. Podtytuł jest, jak sądzę, wyrazem przekory i skromności pisarza w stosunku do własnych możliwości twórczych. Słowo „kit” kojarzy się bowiem z czymś nieprawdziwym lub byle jakim, podczas gdy propozycja literacka Urbana ma charakter rozległego, wielopunktowego studium klinicznego choroby alkoholowej, jest specjalistyczną analizą postępującej degradacji psychicznej i moralnej osób uzależnionych od alkoholu, poraża autentycznością i wnikliwością obserwacji i drastycznymi szczegółami objawów zaburzeń świadomości u osób dotkniętych nałogiem. Język tych opowiadań nie ma jednak cech medycznego żargonu, jest wartki, dynamiczny, charakteryzuje się  bogatym słownictwem i logiczną precyzją, choć niekiedy bywa to logika paranoików. „Kit” ma zresztą inne znaczenia, autor pragnął może w ten sposób podkreślić powiązanie tematyczne historii swoich bohaterów w całość, a także złudność ich pijackich usprawiedliwień.

    Bohaterowie opowiadań Urbana, zarówno mężczyźni jak i kobiety, ulegają pokusie picia z różnych powodów: bywa to wpływ rodziny, kolegów, okoliczności zawodowych, także zależności od politycznych deformacji okresu przed „okrągłym stołem”, w jednym z przypadków kilkuletni chłopiec rozsmakowuje się w alkoholu, spróbowawszy wina z kielicha, wykradzionego z kościelnego tabernakulum. Zadziwiająca jest pomysłowość autora w mnożeniu odmiennych motywacji poddawania się nałogowi. Śledzimy, jak z niewinnych smakoszy wina, szampana albo czystej wyborowej, stają się ofiarami własnej słabości, wykolejeńcami, niekiedy mordercami czy samobójcami. W barach, nocnych klubach, domach publicznych dokonują się kolejne akty „wtajemniczenia” w tragiczny w skutkach proceder. 

   Depresja, stany lękowe, paranoja, a także odwyk, detoks, szpitalna terapia antyalkoholowa to pojęcia przywoływane w kolejnych opowiadaniach i budzące u czytelnika na przemian nadzieję i obawę o los bohaterów. Autor przedstawia za każdym razem innego rodzaju dewiacje, często są to powracające urojenia, obsesyjne wizje nieistniejących lub zapamiętanych z przeszłości osób lub przedmiotów, niekiedy dokuczliwe doznania fizyczne lub zmysłowe, halucynacje, omamy wzrokowe i słuchowe, absurdalne mrzonki. Kuracja tych osób nigdy nie kończy się happy endem, bo w życiu bohaterów pojawiają się kolejne pokusy, słabość woli wiodąca do załamań psychicznych okazuje się nie do pokonania, więc akcja opowiadań zmierza w kierunku ukazania ich ponownych uchybień wobec własnych postanowień i powrotu do picia, traktowanego jak jedyny ratunek w chorobie, niezawodna pomoc, jakiej nie uda się uzyskać gdzie indziej. Oto przykłady:

Mikołaj (…) Nie umiał odwołać się do niczego, co nadałoby sens jego życiu. Bez idei, bez koncepcji, bez wizji stracił chęć na cokolwiek. Wszystko, na co patrzył, o czym myślał i czego doświadczył, było beznadziejne. Bał się. Przypomniał sobie, jak w przeszłości radził sobie z lękiem. Znów zaczął pić. Znalazł punkt oparcia. Niewładne nogi, jak mu się zdawało, znów stąpały po ziemi. („Astrolabium”)

Wczuł się w miękkość wody, w jej ustępliwość i elastyczność. Zapragnął jej dorównać. Lecz jednocześnie bał się, że gdy upodobni się do wody, stopi się z nią, zniknie, utraci twarz, swoją tożsamość i nigdy siebie nie rozpozna. Miewał już takie stany i obawiał się ich. Kilka dni bez alkoholu powodowało, że tracił ze sobą kontakt. Miał wtedy wrażenie, że nieustannie błądzi, zapomina, jak się nazywa i umyka mu sens wszystkiego. Trzeźwy nie umiał odpowiedzieć sobie, dlaczego znalazł się na świecie i w jakim celu żyje. Doskwierał mu ciężar, coś w nim twardniało, stawał się niepodobny do wody. Bez alkoholu miał wrażenie, że jest gdzieś na zewnątrz i ogląda swoje ciało z kamieniem w środku. Bał się wtedy, że utonie. („Trzech Króli”)

   Doznawane przez chorych iluzje nie wróżą pozytywnej zmiany losu, czeka ich dalsze, pełne zagrożeń życie, zakończone wcześniej czy później tragiczną śmiercią. Równie trudny staje się los ich bliskich, życiowych partnerów, dzieci. Żeby poruszyć wyobraźnię czytelnika, pisarz zawiesza czasami akcję opowieści przed momentem kulminacyjnym, nie wprowadzając ostatecznego rozwiązania. Trzeba w takim momencie zamyślić się i poddać działaniu tajemniczej magii narracji. Tajemnica, zawierająca się w samym procesie choroby, też warta jest rozwagi, tym bardziej, że mamy do czynienia z tak spektakularnym, a jednocześnie wręcz metafizycznym niekiedy ujęciem tematu. Celebrowanie choroby przez niektórych bohaterów Urbana ma cechy objawień, graniczących z przeżyciami religijnymi. Profanum zyskuje tu rangę sakrum w szokujących wymiarach istnienia.

   Wielką zasługą autora jest odwaga w przedstawianiu tak ekstremalnie dramatycznych ludzkich doświadczeń w bardzo naturalny sposób, poprzez dosadne opisy wydarzeń i sytuacji, a także doznań i następstw chorobowych przypadłości bohaterów. Może dla niektórych czytelników będzie to zachęta do uświadomienia sobie własnych problemów i słabości w realizowaniu wytyczonych sobie celów, do zmierzenia się z życiowymi błędami i niekonsekwencjami…

Adriana Szymańska