„Jeśli chcesz poznać Boga, poznaj najpierw samego siebie” – powiedziała kiedyś moja koleżanka redakcyjna używając słów Ojców Pustyni. Był to rok 2010. I przedtem i później potrzeba duchowości przewijała się w moim życiu nieustannie. Podobnie było z pisaniem. Pierwszy kontakt „z piórem” miałem w szkole podstawowej. Nauczycielka ogłosiła konkurs poetycki (w roku 1969) z okazji którejś rocznicy powstania Ludowego Wojska Polskiego. Napisałem wiersz i wygrałem konkurs.

    Później  odłożyłem pióro na 25 lat, ale zgłębiałem życie. Najpierw jako kucharz, później preser na wtryskarkach, robotnik rolny w pgrze, pomocnik kowala, oborowy, stajenny, ślusarz, elektryk i hydraulik. Przez 3 lata uczyłem się cięcia pilniczków do paznokci, z kolei jako stolarz robiłem meble na zmówienie. Kiedy posunąłem się w latach, ubyło mi nieco sił, więc zacząłem rozglądać się za lżejszymi zajęciami. Ożeniłem się (choć to może nie tak lekkie zajęcie...), postarałem się o dwóch synów.

    Ponownie spróbowałem pisania. Wysłane teksty na konkurs zostały nagrodzone i wyróżnione. Fragment powieści „Dożywotka” opublikowałem w „Twórczości”, w tym samym numerze, w którym ukazały się wiersze Wisławy Szymborskiej.  Pomyślałem, że los się do mnie szeroko uśmiechnął. Ale gdy za jedno z opublikowanych opowiadań otrzymałem honorarium  12,37 zł, uznałem, że z pisania nie da się wyżyć i postanowiłem pisać do szuflady.

    Zająłem się lepiej płatnym fachem informatyka w banku i w gminnej administracji. Praca była lekka, więc miałem więcej czasu. Zdobywałem nowe umiejętności, nauczyłem się webmasterki i grafiki komputerowej. Po drodze sam zbudowałem drewniany dom. Wokół domu jest 1500 metrów ziemi, którą do dziś uprawiam. Zarazem los kierował mnie krok po kroku w stronę duchowości i pisania.

    Wreszcie zawitałem w progi Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Zacząłem pracować jako sekretarz redakcji Pisma religijno-społecznego „Jednota”, a po kilku latach zostałem redaktorem naczelnym.  Ale i tamto zajęcie nie było mi na długo przeznaczone. Nie wystarczało mi zgłębianie duchowości i poznawanie samego siebie wyłącznie na poziomie teorii. Chciałem dotknąć tego wymiaru w inny sposób.

    Zostałem kościelnym. Pociągając za sznury dzwonów podczas nabożeństw, wieszając numerki pieśni na tablicach, patrząc na modlących się ludzi stwierdziłem, że dalej nie pojmuję duchowości i Boga. Ale On postawił na mojej drodze małą pacjentkę szpitala onkologicznego. Jej kilkuletnie zmaganie się z chorobą ukazało mi inny wymiar życia, sferę kontaktu z drugim człowiekiem, rozmowy z nim i nie tylko z nim, bo także z...  roślinami w ogrodzie wokół domu. Rozmowa ponownie otworzyła mnie na pisanie. Okazało się jednak, że jest to umiejętność, która leży gdzieś poza mną, jest może bardziej związana z potrzebą bohaterów odkrywających siebie podczas tworzenia? Z taką intuicją postanowiłem uchylić szufladę i dzielić się z innymi jej zawartością.