Po prostu mężczyzna czyli miłość w czasie transformacji - fragment powieści

   Patrząc na syna ukradkiem przez szklane przepierzenie między kuchnią, a dużym pokojem, czuła w sobie ciężar lat które przeżyła. Było to nieznośne uczucie jakiegoś bezpowrotnego przemijania przeplatanego wspomnieniami, wyblakłymi uczuciami czasem zapachami. Chciała się o kogoś troszczyć, opiekować się. Jej synowie od dawna byli poza tym, co ona nazywała opieką. Tęskniła za relacją, która rodzi się w chwili gdy dziecko zaczyna ufać dorosłemu, kiedy patrzy na matkę albo babcię wdzięcznie i nie boi się zadawać pytań nawet tych wstydliwych.

    Pani Bogumiła pracowała, miała kontakt z ludźmi, nie siedziała samotnie w domu jak większość jej koleżanek. Opiekowała się starymi, ułomnymi ludźmi w szpitalu. Była terapeutą zajęciowym, ale brakowało jej czegoś ożywczego, rozkwitającego, jakiegoś dodatkowego przypływu energii płynącej od dziecka, żeby dzięki temu mogła spojrzeć na siebie nie od środka, ale z boku, żeby poczuć radość samą z siebie, bez uwarunkowania, którą czuła gdy spotykało ją coś przyjemnego. I choć swoich przeczuć nie umiała nazwać, zauważała je. Bała się ich trochę, bo pojawiały się w niej nie wiadomo skąd i dlaczego. Rozumiała je, a jedynym wyrazem ich  były słowa modlitwy o tym, że każdy kto wierzy w Niego nie zginie, a otrzyma życie wieczne. Pani Bogumiła pocieszała się słowami z książeczki modlitewnej, którą czytała przed snem klęcząc przed krzyżykiem zawieszonym nad jej łóżkiem, ale w głębi duszy pragnęła, by ktoś po jej śmierci pamiętał o niej, docenił jej trud, żeby wysiłek jej przodków miał kontynuacje i by miała poczcie, że jej życie miało sens i przydało się komuś. Chciała mieć wnuka, ale nie takiego, który mieszka we Włoszech ze swoją matką, pierwszą żoną jest najstarszego syna Bogdana. Miała nadzieję, że jej młodszy syn ożeni się, będzie mieszkał w mieście, w którym ona się urodziła, że na świat przyjdzie dziecko, jej wnuk albo wnuczka i będzie mogła patrzeć na maleństwo i czasem bawić się z nim.

TRANSFORMACJA. Epizody z życia młodszego kucharza - fragment powieści

EPIZOD 3. Dziewiętnastoletni Artur Paszczyk przechodzi dwustopniową procedurę zatrudnienia, oswaja się z nowym miejscem, poznaje współpracowników, stara się ich sobie zjednać. Chce być solidnym młodszym kucharzem. Parowe kotły i krowie piszczele, czyli rutynowa praca w stołówce. Realia kuchenne przeplatają się z urzędniczymi procedurami w Radzie Narodowej..

Ewa Potraw zrobiła krok, po chwili drugi, odłożyła piętnastolitrową łychę cedzakową na brzeg parującego kotła, poprawiła siatkowany czepek na głowie, podeszła do pieńka i ujęła drewniany trzonek topora. Obok stała blaszana wanna z krowimi piszczelami. Ewa była w swoim żywiole, w królestwie trzystulitrowych kotłów i syczącej pary. Otrząsnęła się z rozmowy kierowniczki i szefa kuchni o mielonych z kapusty. Śmiała się po cichu. Wiedziała, że z mięsem bywa różnie, ale bez względu na wszystko kości w magazynie zawsze były. Lubiła pracować przy zupach. Z lubością krzątała się wokół parowych kotłów, z wprawą i śmiało doprawiała zupy solą, zgrabnie wyciągała wygotowane świńskie łby, wołowe piszczele albo schabowe kości z wywaru. Skupiona i śmiertelnie poważna przyglądała się wskaźnikom ciśnieniowym, czasem niepotrzebnie i za często. Gdy któraś z czerwonych strzałek na manometrze przekraczała granicę bezpieczeństwa, podchodziła majestatycznie do zaworu, przekręcała go i zmniejszała ciśnienie pary.
– Pani Ewo, może ja te kości potłukę – odezwał się Artur Paszczyk.
– Może potłuczesz, a może nie – odpowiedziała Ewa Potraw.