Po prostu mężczyzna czyli miłość w czasie transformacji - fragment powieści

   Patrząc na syna ukradkiem przez szklane przepierzenie między kuchnią, a dużym pokojem, czuła w sobie ciężar lat które przeżyła. Było to nieznośne uczucie jakiegoś bezpowrotnego przemijania przeplatanego wspomnieniami, wyblakłymi uczuciami czasem zapachami. Chciała się o kogoś troszczyć, opiekować się. Jej synowie od dawna byli poza tym, co ona nazywała opieką. Tęskniła za relacją, która rodzi się w chwili gdy dziecko zaczyna ufać dorosłemu, kiedy patrzy na matkę albo babcię wdzięcznie i nie boi się zadawać pytań nawet tych wstydliwych.

    Pani Bogumiła pracowała, miała kontakt z ludźmi, nie siedziała samotnie w domu jak większość jej koleżanek. Opiekowała się starymi, ułomnymi ludźmi w szpitalu. Była terapeutą zajęciowym, ale brakowało jej czegoś ożywczego, rozkwitającego, jakiegoś dodatkowego przypływu energii płynącej od dziecka, żeby dzięki temu mogła spojrzeć na siebie nie od środka, ale z boku, żeby poczuć radość samą z siebie, bez uwarunkowania, którą czuła gdy spotykało ją coś przyjemnego. I choć swoich przeczuć nie umiała nazwać, zauważała je. Bała się ich trochę, bo pojawiały się w niej nie wiadomo skąd i dlaczego. Rozumiała je, a jedynym wyrazem ich  były słowa modlitwy o tym, że każdy kto wierzy w Niego nie zginie, a otrzyma życie wieczne. Pani Bogumiła pocieszała się słowami z książeczki modlitewnej, którą czytała przed snem klęcząc przed krzyżykiem zawieszonym nad jej łóżkiem, ale w głębi duszy pragnęła, by ktoś po jej śmierci pamiętał o niej, docenił jej trud, żeby wysiłek jej przodków miał kontynuacje i by miała poczcie, że jej życie miało sens i przydało się komuś. Chciała mieć wnuka, ale nie takiego, który mieszka we Włoszech ze swoją matką, pierwszą żoną jest najstarszego syna Bogdana. Miała nadzieję, że jej młodszy syn ożeni się, będzie mieszkał w mieście, w którym ona się urodziła, że na świat przyjdzie dziecko, jej wnuk albo wnuczka i będzie mogła patrzeć na maleństwo i czasem bawić się z nim.

TRANSFORMACJA. Epizody z życia młodszego kucharza - fragment powieści

EPIZOD 4. W jednej z dzielnic aglomeracji miejskiej zwanej Karłowem mieszka Artur Paszczyk z rodziną. Dostrzega on, że wszyscy wokół, wraz z nim samym, żyją w zafałszowanej rzeczywistości. Symptomy przemiany wewnętrznej bohatera; rodzi się w nim bunt, który w przyszłości przesądzi o akcesie do grupy „Świński móżdżek”. Tajemnica skórzanej teczki i domowa impreza.

 

Z pracy w stołówce Artur przyjeżdżał tramwajem i wracał do domu zwykle szeroką, wydeptaną ścieżką, wijącą się między blokami. Znał teren nadzwyczaj dobrze, gdyż spędził tu całe dzieciństwo. Była to przemysłowa Dzielnica miasta nazywana „Złomowiskiem”. W skład kompleksu przemysłowego wchodziły jeszcze takie Dzielnice jak „Zlewnia Nieczystości”, „Zakład Oczyszczania Miasta” i „Śmieciowisko”. Na terenie „Złomowiska” znajdował się dwupiętrowy blok Artura, w którym mieszkało kilkanaście rodzin robotniczych, przeważnie ludzi z podstawowym wykształceniem, zabieganych i walczących o swoje miejsce w szarej „zbawczej” rzeczywistości.

Tego dnia młody kucharz postanowił wrócić do domu na skróty.   Niechętnie nim chodził, ale w ów pamiętny dla niego dzień, kiedy nie mógł doczekać się spotkania z rodzicami, by obwieścić im, że w pracy spotkało go coś niezwykłego, zdecydował się wrócić wąską ścieżką, biegnącą między torowiskiem, a zdziczałymi ogrodami. Idąc nią natykał się zwykle na grupkę mężczyzn, pijących tanie wina. Znał ich prawie wszystkich, byli to głównie jego koledzy z bloków na „Złomowisku”, pracujący dorywczo, najczęściej jednak nieustannie szukający zatrudnienia, przynaglani do podjęcia pracy przez sierżanta milicji pobliskiego posterunku. Owo przynaglanie wielu mieszkańców miasta traktowało z przymrużeniem oka, gdyż wedle niepisanej zasady „zbawczej” rzeczywistości jedne przepisy można było traktować ulgowo, a drugie nie.