EPIZOD 3. Dziewiętnastoletni Artur Paszczyk przechodzi dwustopniową procedurę zatrudnienia, oswaja się z nowym miejscem, poznaje współpracowników, stara się ich sobie zjednać. Chce być solidnym młodszym kucharzem. Parowe kotły i krowie piszczele, czyli rutynowa praca w stołówce. Realia kuchenne przeplatają się z urzędniczymi procedurami w Radzie Narodowej..

Ewa Potraw zrobiła krok, po chwili drugi, odłożyła piętnastolitrową łychę cedzakową na brzeg parującego kotła, poprawiła siatkowany czepek na głowie, podeszła do pieńka i ujęła drewniany trzonek topora. Obok stała blaszana wanna z krowimi piszczelami. Ewa była w swoim żywiole, w królestwie trzystulitrowych kotłów i syczącej pary. Otrząsnęła się z rozmowy kierowniczki i szefa kuchni o mielonych z kapusty. Śmiała się po cichu. Wiedziała, że z mięsem bywa różnie, ale bez względu na wszystko kości w magazynie zawsze były. Lubiła pracować przy zupach. Z lubością krzątała się wokół parowych kotłów, z wprawą i śmiało doprawiała zupy solą, zgrabnie wyciągała wygotowane świńskie łby, wołowe piszczele albo schabowe kości z wywaru. Skupiona i śmiertelnie poważna przyglądała się wskaźnikom ciśnieniowym, czasem niepotrzebnie i za często. Gdy któraś z czerwonych strzałek na manometrze przekraczała granicę bezpieczeństwa, podchodziła majestatycznie do zaworu, przekręcała go i zmniejszała ciśnienie pary.
– Pani Ewo, może ja te kości potłukę – odezwał się Artur Paszczyk.
– Może potłuczesz, a może nie – odpowiedziała Ewa Potraw.

Spojrzała na nowo przyjętego pracownika w świeżym, jeszcze niespranym i niezniszczonym białym komplecie kucharskim. Intrygował ją ten młody chłopak, którego szef kuchni, Józef Szyja, faworyzował od pierwszego dnia. Wydało się to Ewie podejrzane. Artur nie był ani rodziną, ani znajomym szefa, nigdy razem nie pracowali i różnica wieku między nimi była spora. Dotąd nie zauważyła, by szef próbował, choćby w niewielkim stopniu, zmniejszyć dystans lub spoufalić się z kimkolwiek przed upływem roku pracy, a tu nagle, po trzech dniach palili wspólnie papierosy, witali się serdecznie i opowiadali sprośne kawały. Coś w tym jest – mówiła do siebie kucharka – Tylko co? Na wszelki wypadek zachowywała się wobec chłopaka grzecznie.

Artur Paszczyk po dwóch tygodniach pracy w stołówce Szkoły Nauk Rozumnych czuł się zagubiony. U Józefa Szyi i Ewy Potraw szukał wzrokiem pomocy. Każdą nadarzającą się sytuację wykorzystywał, żeby spontanicznie, bez odgórnych poleceń, zająć się czymś pożytecznym. Dość miał praktyk zawodowych i pracy w barze robotniczym przy fabryce obrabiarek. Marzył o zatrudnieniu w prestiżowej restauracji inspektorskiej. Znajoma jego matki, kierowniczka restauracji „Nadinspektor Karłowa” obiecała, że poprze kandydaturę chłopaka, gdy zwolni się tam miejsce dla kucharza. Jednak babka Artura sprzeciwiła się temu planowi i przez sobie tylko dostępne znajomości umówiła wnuka na wizytę w Radzie Narodowej, by poddał się oficjalnej dwustopniowej procedurze.

Przyjęto go w Dziale Kwalifikacji zgodnie z przyjętym tokiem postępowania. Wypełnił stos formularzy, a po dwóch tygodniach jeden z inspektorów, na podstawie niejawnych informacji i wywiadu środowiskowego, wystawił kandydatowi pozytywną opinię. W dokumencie znajdowała się pozycja „Rekomendowany” i tu urzędnik wpisał słowo „tak”, co było rzadką praktyką, ale z niewiadomych przyczyn stosowaną. Zapewne stało się to dzięki babce Artura, znającej zawiłości urzędniczego procedowania. Przed złożeniem przez wnuka wniosku o przyjęcie do pracy pomogła Arturowi zdobyć dodatkowe dokumenty: zaświadczenie o niekaralności, nie tylko kandydata, ale również członków najbliższej rodziny, pozytywną opinię inspektora dzielnicowego z miejsca zameldowania, ze Stacji Epidemiologicznej wpis z pieczątką do książeczki zdrowia, informujący o tym, że Artur nie stanowi zagrożenia zakaźnego i nie jest nosicielem bakterii salmonella. Znajoma pielęgniarka z poradni antyalkoholowej wystawiła zaświadczenie, że mieszkaniec Karłowa Artur Paszczyk wstrzemięźliwie spożywa alkohol i w najmniejszym stopniu nie narusza rozporządzenia o trzeźwym prowadzeniu się obywateli miasta.

Z kompletem dokumentów, z pozytywną opinią inspektora Karola Kurnata z Działu Kwalifikacji, Artur Paszczyk trafił do Działu Zatrudnienia. Zaradna babka nie przewidywała na drugim etapie procedowania przeszkód uniemożliwiających zatrudnienie jej wnuka w stołówce. Znając subtelności Prawa narzuconego przez Piotra Wybawcę, dobrze wiedziała, jak działać. Od kandydatów nie wymagano wybitnych umiejętności kulinarnych. Urzędnicy podejmujący decyzje kierowali się przede wszystkim ich postawą. Poleciła Arturowi, by podczas rozmowy kwalifikacyjnej drugiego stopnia mówił wyłącznie prawdę, lekko tylko podkolorowaną. I tak Artur Paszczyk opowiedział o praktykach zawodowych w barze robotniczym przy Fabryce Obrabiarek, gdzie ponad rok spędził w piwnicach lokalu na tak zwanej obieralni i jedyną rzeczą, której się tam się nauczył, była obsługa maszyny do obierania ziemniaków. Niechętnie wspomniał o restauracji obywatelskiej „Popularna”, gdzie zdobywał szlify kucharskie przez trzy miesiące. Czym prędzej stamtąd uciekł z powodów sanitarnych, niechlubnej opinii tego przybytku rozrywki dla mieszkańców z dołów społecznych oraz z powodu oszustw, których dopuszczał się personel restauracji wobec nietrzeźwych klientów.

Podczas rozmowy z Paszczykiem inspektor kwalifikujący wyczuł wahanie w głosie kandydata. Zaniepokoiło go to. Nie był pewny, czy procedowany nie okaże się w przyszłości błędnie rozpoznanym elementem w drugiej fazie przyjmowania do pracy. Naraziłby wówczas swoją decyzję na podważenie, a tym samym straciłby w oczach któregoś z nadinspektorów. Zabrał się więc energicznie za wyjaśnianie niedopowiedzeń.

– Słuchajcie, obywatelu. Jak to było naprawdę? Restauracja inspektorska jest placówką wysokiego szczebla. My jako urzędnicy musimy znać szczegóły tego, co tam się dzieje, nie tylko na fasadzie, tam, gdzie klienci spożywają, tańczą i odpoczywają. Chcemy wiedzieć, jak przebiegają praktyki zawodowe dla uczniów Szkoły Gastronomicznej. Miasto musi mieć uczciwych, oddanych i zaangażowanych – zarówno praktykantów, jak i pracowników.

Artur Paszczyk opowiedział szczegółowo o tym, jak kucharki przygotowały zamiast niego krupnik na kurzych szyjkach na praktyczny egzamin końcowy, kotlet de volaille i galaretkę owocową.

Inspektor powinien uznać, że formalnie doszło do oszustwa, wszcząć śledztwo i doprowadzić do unieważnienia egzaminu. Urzędnicy Rady Narodowej kierowali się Prawem Piotra Wybawcy, ale oprócz tego również tak zwanym prawem niepisanym, działającym podskórnie w skomplikowanej strukturze Urzędu. Umiejętności zawodowe zatrudnianego pracownika stanowiły jedno, a praktyka drugie. O wiele ważniejszym kryterium w podejmowaniu decyzji była kategoria „pewny ideologicznie”. Artur, dzięki swojej szczerości i zaangażowaniu, został uznany przez inspektora za dobrze rokującego i otrzymał zgodę na zatrudnienie w stołówce resortowej Szkoły Nauk Rozumnych.
Z pozytywną opinią Działu Kwalifikacji oraz z decyzją Działu Zatrudnienia Artur podpisał umowę w pełnoetatowym wymiarze pracy i otrzymał tytuł zawodowy „młodszy kucharz”. Zaszeregowano go do pobierania comiesięcznej pensji według tabeli płac i stażu. Dostał również talon na odzież roboczą.
– Trochę się pani odsunie. Raz dwa podziabię – odezwał się niezgrabnie Artur.

Żal mu było nieskazitelnie białej bluzy, którą otrzymał w ramach talonu odzieżowego. Wiedział, że przy rąbaniu kości szpik i resztki krwi pryskają na wszystkie strony. Chciał jednak zaskarbić sobie sympatię doświadczonej kucharki. Wyjął z blaszanej wanny pięćdziesięciocentymetrową piszczel i położył na pieńku. Odebrał topór od Ewy Potraw i uderzył, niezbyt się wysilając. Rozległ się suchy trzask pękającej kości. Na podłogę wysypało się trochę zamarzniętego szpiku i kilka odłamków kostnych. Na bluzie pojawiło się kilka żółtawych plamek. Artur Paszczyk raz po raz nachylał się do blaszanej wanny, kładł na pieniek piszczel i uderzał z wprawą, jakby to robił od zawsze. Widać było, że jest silny, choć na takiego nie wyglądał. Przy każdym uderzeniu toporem jego niebieskie oczy rozjaśniały się. Już w szkole podstawowej uważano go za siłacza. Nauczyciel wychowania fizycznego proponował mu treningi w klubie zapaśniczym albo podnoszenie ciężarów. Nie miał nic przeciw treningom, ale matka zaprotestowała w przekonaniu, że sport wyczynowy niszczy zdrowie.

– Artur, pójdziesz na obierak, pomożesz dziewczynom obrobić kapustę. Trzeba tam parę skrzynek przenieść – wydał polecenie Józef Szyja. – Halinka złoży maszynę i zmiele mięso. Pani Ewo, jeden kocioł gorącej wody na kapustę. Do obiadu jeszcze sporo czasu. A jak coś nie wyjdzie, kierowniczko? – Zamilkł na chwilę, jakby szukał czegoś w pamięci. – Jak te głąbiaste kotlety rozlecą się? Ja im szans nie daję, ale skoro mądrzejsi decydują... Kierowniczko, chodźmy już. Gdzie ma pani kalkulację? – Wziął kierowniczkę pod rękę i ruszył w kierunku wyjścia. Nagle w kuchni pojawiła się Wacława Staszak.