EPIZOD 4. W jednej z dzielnic aglomeracji miejskiej zwanej Karłowem mieszka Artur Paszczyk z rodziną. Dostrzega on, że wszyscy wokół, wraz z nim samym, żyją w zafałszowanej rzeczywistości. Symptomy przemiany wewnętrznej bohatera; rodzi się w nim bunt, który w przyszłości przesądzi o akcesie do grupy „Świński móżdżek”. Tajemnica skórzanej teczki i domowa impreza.

 

Z pracy w stołówce Artur przyjeżdżał tramwajem i wracał do domu zwykle szeroką, wydeptaną ścieżką, wijącą się między blokami. Znał teren nadzwyczaj dobrze, gdyż spędził tu całe dzieciństwo. Była to przemysłowa Dzielnica miasta nazywana „Złomowiskiem”. W skład kompleksu przemysłowego wchodziły jeszcze takie Dzielnice jak „Zlewnia Nieczystości”, „Zakład Oczyszczania Miasta” i „Śmieciowisko”. Na terenie „Złomowiska” znajdował się dwupiętrowy blok Artura, w którym mieszkało kilkanaście rodzin robotniczych, przeważnie ludzi z podstawowym wykształceniem, zabieganych i walczących o swoje miejsce w szarej „zbawczej” rzeczywistości.

Tego dnia młody kucharz postanowił wrócić do domu na skróty.   Niechętnie nim chodził, ale w ów pamiętny dla niego dzień, kiedy nie mógł doczekać się spotkania z rodzicami, by obwieścić im, że w pracy spotkało go coś niezwykłego, zdecydował się wrócić wąską ścieżką, biegnącą między torowiskiem, a zdziczałymi ogrodami. Idąc nią natykał się zwykle na grupkę mężczyzn, pijących tanie wina. Znał ich prawie wszystkich, byli to głównie jego koledzy z bloków na „Złomowisku”, pracujący dorywczo, najczęściej jednak nieustannie szukający zatrudnienia, przynaglani do podjęcia pracy przez sierżanta milicji pobliskiego posterunku. Owo przynaglanie wielu mieszkańców miasta traktowało z przymrużeniem oka, gdyż wedle niepisanej zasady „zbawczej” rzeczywistości jedne przepisy można było traktować ulgowo, a drugie nie.

Praca w Karłowie była obowiązkiem. Jednak wobec ludzi nazywanych „podejrzanym elementem” władza stosowała inną miarę. Analitycy w Radzie Narodowej wiedzieli, że w każdym okresie istnienia Karłowa, czy to w epoce powstawania miasta, jego krzepnięcia, czy w czasie największego rozkwitu i swobód obywatelskich, istniał element podejrzany, którego nie sposób było się pozbyć. Tajnym rozporządzeniem Działu Bezpieczeństwa poinformowano komendy milicji, aby części elementu podejrzanego pozostawić swobodę, ująć ewidencyjnie, nakłonić do współpracy i pozyskiwać informacje niezbędne do zapewnienia tak zwanego bezpieczeństwa.  

Zarówno pozyskiwani pijacy tanich win, jak i sierżant milicji, uczestniczyli w życiu miasta z przeświadczeniem, że ich praca jest niezbędna dla dobra ogółu. Pozostała część podejrzanego elementu, orientując się, że życie w mieście jest fałszywe i na niby, wyznawali popularną w owym czasie zasadę: „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Młodzi mężczyźni wiedzieli, że nawet gdyby oddali wszystkie swoje zdolności i cały swój wysiłek poświęcili świetlanej, nakreślonej przez Piotra Wybawcę, przyszłości, dostaną ustaloną sumę, niezależnie od zdolności i zaangażowania. Podobną zasadę wyznawał dzielnicowy. Z ekonomicznego punktu widzenia uznawał swoją pracę za nieopłacalną, więc aktywność zawodową sprowadził do minimum. Otrzymywał pensję bez widoku na podwyżkę i choć upominał obywateli, by podjęli jak najszybciej pracę, robił to bez przekonania, ignorując presję komendanta posterunku. Posiadał w swojej ewidencji informatorów, sporządzał raporty ze spotkań i było mu wszystko jedno, czy w Karłowie będzie element podejrzany, czy go nie będzie.

Pozorowana rzeczywistość, w której Artur Paszczyk spędził młodość, mocno wpłynęła na jego postawę. Czasem próbował wyobrazić sobie przyszłość, o której nieustannie słyszał, że jest świetlana, ale nic konkretnego nie umiał o niej powiedzieć. Jego koledzy od tanich win powtarzali, że w mieście nie ma widoków na karierę, że wszędzie jest bylejakość, do której się przystosowali. Artur nie chciał bylejakości, chciał działać i zmieniać życie na lepsze. Postawa kolegów drażniła go, unikał więc zazwyczaj krótszej ścieżki, by dotrzeć do domu na „Złomowisku”.

Ucząc się w Gastronomicznej Szkole Zawodowej fachu, który, jak mniemał, zapewni mu życie na wyższym poziomie materialnym, zaczął pojmować, że dostosowywanie się do systemu, w którym się urodził, jest jałowym, tandetnym trwaniem, które zarazem ten system podtrzymuje. Wątki, które początkowo brał za przeczucia i domysły, złożyły się w logiczną całość i pozwoliły mu dostrzec, jak totalnie jest uwikłany w system stworzony i utrwalany przez Radę Narodową.

Szedł wydeptaną ścieżką, jakby stąpał po linii dzielącej dwa światy. Po jednej stronie przetaczały się jadące ze stukotem kół tramwaje i przewijały się nieskończone ilości pasażerów. Po drugiej stronie była ściana roślin, zdziczałe drzewa owocowe, stare ogrodzenia z fragmentami drucianej siatki z wykoślawionymi słupkami, nieprzycinane krzewy i samotne dęby. W oddali wyłaniała się góra zardzewiałego żelastwa na „Złomowisku”, która jak latarnia morska nieomylnie wskazywała, że w jej pobliżu znajduje się dwupiętrowy blok mieszkalny pracowników zakładu przetwarzającego surowce wtórne. Żelastwo układało się w wielką, abstrakcyjną rzeźbę, pozlepianą z pogiętych blach, sterczących prętów, sprężyn, resorów i fragmentów samochodowych karoserii. Nawet idąc wydeptaną ścieżką po ciemku, nie sposób było zmylić drogę, ponieważ stos złomu był oświetlony sześcioma wielkimi reflektorami, przymocowanymi do wysokiego stalowego masztu wbetonowanego w centralną część terenu „Złomowiska”.

Nie wiadomo, który to już raz Artur natknął się na swoich kolegów, zwyczajowo zachęcających go do spożycia alkoholu. Patrząc z daleka na ich beztroskie, uśmiechnięte twarze, wsłuchując się w ich głosy, postanowił się zatrzymać. W ręku trzymał skórzaną teczkę, którą, nie wiedzieć czemu, kupił dzień wcześniej i zabrał do pracy.

– Ale żeś się wyelegantował! I skąd dorwałeś taką dyrektorską teczkę? – zagadnął go jeden z kolegów.

– Pracuję w stołówce resortowej. Co myślisz? Trzeba wyglądać – odpowiedział Artur Paszczyk i przywitał się z pozostałymi chłopakami.

– Łykniesz? – usłyszał ochrypły głos kolegi, który przed chwilą odjął szyjkę butelki wina od ust.

– Nie, dzięki. Lecę do domu. Mam imprezę.

Ostatnie słowo miało dla niego wyjątkowe znaczenie. Wiązał je przyszłością, z nowymi horyzontami. Teczka, którą kupił kilka dni wcześniej, stała się symbolem radykalnej zmiany życia. Nietypowy dla niego zakup pozwolił mu odczuć, że wzniósł się ponad przeciętność życia swoich kolegów i środowiska. Ale najważniejsze było to, co znajdowało się wewnątrz skórzanej teczki. Dzięki temu miał lada chwila znaleźć uznanie w oczach rodziców i sąsiadów. Oto – jak sądził – zaczynają się zmiany nie tylko w moim życiu, ale również w życiu miasta.

Ruszył szybkim krokiem w stronę domu. Ominął główną bramę i wślizgnął się na teren „Złomowiska” przez wyłamane przęsło betonowego ogrodzenia. Wbiegł schodami na piętro bloku, otworzył drzwi i wszedł do przedpokoju.

– Jak w pracy? – przywitała go matka, wychylając głowę z łazienki.

– Gorąco, ale da się wytrzymać.

Zdjął buty i zerknął do pokoju. Ojciec siedział na wersalce przed telewizorem. Artur ucieszył się, choć nie znosił, gdy rodzic każdą wolną chwilę spędzał, patrząc w ekran. Jednak tym razem nie powiedział do siebie „niech się ogłupia”, jak zwykł to czynił w podobnych sytuacjach. Zaplanował zrobić niespodziankę i chciał, by wszystko poszło zgodnie z planem.

Założył kapcie. Sprawdził, skradając się na palcach, co robi matka. Krzątała się w łazience. Z plastikowej miski wyjmowała brudne koszule i wkładała je do pralki o nazwie Frania. Wszystko układało się jak na życzenie. Zawrócił do drzwi po teczkę i poszedł z nią do kuchni. Z szafki na naczynia wyjął talerzyk. Sprawdził, czy blat roboczy jest czysty. Na wszelki wypadek przetarł go lnianą ściereczką. Kiedy uznał, że wszystko wygląda tak, jak wymyślił, odpiął pasek teczki. Wyjął z niej masło opakowane w kremowy papier z czerwonym nadrukiem i położył delikatnie ćwierćkilogramową kostkę na talerzyku.

– Mamo, możesz przyjść na chwilę? – zawołał.

– Co się tak drzesz? Pali się?! – wrzasnął sprzed telewizora Stanisław Paszczyk.

– Zaraz, zaraz, wrzucę tylko rzeczy do pralki – krzyknęła matka Artura.

Po chwili weszła do kuchni, zerknęła na syna i podążając za jego wzrokiem spojrzała na masło. Wolno zbliżyła się do szafki kuchennej, chwyciła palcami talerzyk z kostką, podniosła go do góry, wyciągnęła rękę w stronę syna, jakby chciała zaakcentować pytanie, które za chwilę miała zadać i urealnić to, co wydawało jej się nieprawdopodobne.

– Ty je przyniosłeś?

Artur otworzył usta udając, że chce coś powiedzieć. Milczał jednak. Rozkoszował się miną matki, jej zdziwieniem i zaskoczeniem. Zobaczył w jej oczach zachwyt i niedowierzanie. Kiwnął jedynie głową na potwierdzenie tego, że tak właśnie jest, jak przypuszcza.

– Stanisławie, chodź tutaj prędko! Zobacz, co twój syn przyniósł! Szybko, nie uwierzysz! – zawołała w stronę korytarza.

– Daj mi spokój! W mieście jakieś burdy wszczyna podejrzany element. Niby jak ma być lepiej? Może znajdzie się ktoś w Radzie i weźmie ich wszystkich za mordę.

– Co tu się dzieje? – rozległ się piskliwy głos babki Anastazji. – Chciałam się zdrzemnąć – mamrotała zaspana, wychodząc ze swojego pokoju.

– Chodźcie wreszcie – prosiła Katarzyna Paszczyk – korony z głowy wam nie spadną, jak przyjdziecie.

Pierwszy w kuchni pojawił się Stanisław. Podszedł zdecydowanym krokiem do żony, wziął z talerzyka masło, odwinął papierek i powąchał.

– Świeże. Pewnie nie leżało na magazynach pół roku. To nie z kartek – zawyrokował i nagle jakby go olśniło. Spojrzał na syna z podziwem, podszedł do niego, klepnął go w ramię i obwieścił:

– Z pracy!

– Mówiłam. Zawsze wam mówiłam, że żadne restauracje inspektorskie czy obywatelskie. To było dobre przed rządami Rady Narodowej. Teraz tylko stołówka resortowa – rozległ się zza pleców Stanisława piskliwy głos Anastazji. – Dzisiaj masło, a za miesiąc pół tuszy mięsnej przyniesie. Gotowanie w dużym kotle sprawia, że kilka chochli w tę czy w inną stronę niczego nie zmienia.

Artur do tej pory nie widział ojca tak szczęśliwego. Wyjątkiem były chwile, kiedy Stanisław wypijał setkę lub dwie wódki. Wtedy stawał się rozmowny i pouczał wszystkich twierdząc, że mają za mało luzu. Trzeźwy narzekał, wypominał synowi nieudacznictwo i był opryskliwy wobec żony. Do teściowej nie odzywał się twierdząc, że jest przeżytkiem minionej epoki. Nie znosił jej wielkopańskich manier i wyszukanego wysławiania. Po powrocie z pracy, trzeźwy czy podpity, komentował przed telewizorem usłyszane wiadomości.

Kostka masła sprawiła, że postawa starszego Paszczyka wobec teściowej się zmieniła. Przypomniał sobie, że to właśnie Anastazja zdobyła numer telefonu osoby, która załatwiła pracę jego synowi. Przyznał w duchu rację teściowej. Wyobraził sobie, że wspomniana przez Anastazję półtusza mięsna z czasem zmieni się w całego świniaka, w kurczaki i kilogramy masła. Spotkanie w kuchni wszystkich domowników przy kostce masła mogło być zapowiedzią dobrej zabawy, postanowił więc tak pokierować sprawami, by z okazji doniosłego wydarzenia urządzić nieplanowane przyjęcie, które będzie zapowiedzią lepszego życia, gdzie problemy z zaopatrzeniem domu w żywność skończą się raz na zawsze. Zebrało mu się na wspomnienia, zwierzył się, że jako młody chłopak pracował przez kilka miesięcy jako kucharz w Służbach Porządkowych miasta.

– Wiem dobrze, co znaczy żywienie zbiorowe i gotowanie zupy w kotłach – stwierdził. – Ale moja obecna praca na złomowisku, przecinanie palnikiem wszelkiego żelastwa, jest dużo cięższa.

Pełen radości przyrzekł sobie, że spróbuje jeszcze dzisiaj naprawić relację z teściową i podziękować za jej starania. Powtórzył słowa Anastazji, robiąc ukłon w jej stronę:

– Kilka chochli w tę czy w inną stronę niczego nie zmienia. Wszystko dzieje w wielkiej skali i zarówno on jak i ja z tych wielkich skal coś dla siebie możemy uszczknąć, by dorobić do pensji.

– Tylko żebyś to dorabianie przynosił do domu – skomentowała opowieść męża Katarzyna.

– Ty jak zwykle swoje – odciął się. – Przecież wiesz, czasem trzeba z kimś wypić, inaczej nie podskoczysz.

– Podskakuj, podskakuj, aż przeskoczysz sam siebie i wpadniesz do rowu.

Artur Paszczyk przestraszył się, że ojciec lada chwila wybuchnie, zacznie przeklinać, babka wtrąci uszczypliwy komentarz pod adresem zięcia, matka obrażona przestanie się odzywać, i w ten sposób jego sukces zmieni się w porażkę. Stanisław jednak zachowywał się tak, jakby niczego nie słyszał. Uwagę żony puścił mimo uszu. Wąchał masło i powtarzał:

– Co za zapach, co za zapach.

Nagle odłożył masło na talerzyk, przyłożył dłoń do czoła i zaczął powtarzać do siebie pod nosem:

– Co to ja chciałem. Słaba ta moja pamięć.

Wyszedł z kuchni. Po paru krokach zatrzymał się przed lustrem w przedpokoju, klepnął się otwartą dłonią w czoło i z entuzjazmem krzyknął:

– Już wiem!

Wrócił do kuchni. Usiadł na taborecie, zwiesił głowę i zaczął mówić ni to do siebie, ni do obecnych.

– Dobrze by było zaprosić Maciejów na kolację. Pomógłbym przygotować małą zakąskę. Wypijemy trochę. Trzeba uczcić to wydarzenie. Przyznacie chyba, że to coś szczególnego w naszym życiu? – skończył niepewnie, uniósł lekko głowę i spojrzał na żonę.

Nadzieja, że dzień będzie należał do niego, wróciła i zajaśniała w myślach młodego kucharza ze zdwojoną siłą. Właśnie tak wyobrażał sobie wieczór w domu po powrocie z pracy z kostką masła: radość, rodzina, sąsiedzi z parteru, których Stanisław Paszczyk nazywał Maciejami, trochę alkoholu. Ale skąd wziąć produkty na lepszy poczęstunek? Cała nadzieja była w matce i babce, które często zaskakiwały w strategicznych chwilach przetworami własnej roboty i cudami kulinarnymi skomponowanymi w zasadzie z niczego. Artur w pamięci powtarzał kwestie, które zamierzał wygłosić w odpowiedniej chwili, kiedy wszyscy będą rozluźnieni po kilku głębszych – że będzie się starał, aby stanie w kolejkach pod sklepami mięsnymi skończyło się raz na zawsze. Spodobała mu się taka wizja przyszłości. Ujrzał rodzinną rzeczywistość, z której znikają mozół i walka oraz sklepy komercyjne, gdzie ceny za mięso, wędliny, cukier, tłuszcze i inne produkty spożywcze są tak wysokie, że kupują w nich albo inspektorzy, których stać na luksusy, albo ludzie urządzający wystawne przyjęcia z okazji ślubu, komunii czy chrzcin, by pokazać, że są zaradni, obrotni i mają znajomości w Radzie Narodowej.

Zanurzony w rzeczywistości „zbawczej” długo nie zauważał absurdów tego życia. Snując teraz wizje przyszłości czuł boleśnie, że świat, w którym żyje, jest skrajnie niesprawiedliwy. Targnęło nim oburzenie i zbuntował się nagle przeciw samemu sobie, że akceptuje i współuczestniczy w tych absurdach. Jak gradowa chmura spadła na niego prawda o tym, że egzystuje współtworząc coś, co go zniewala. Zgadzał się na to, aby co miesiąc odbierać bony żywnościowe i wymieniać je na mięso, wędliny, słodycze, alkohol i mydło. Zaśmiał się sam z siebie na myśl, że wraz z innymi tkwi w rozdwojeniu. Jako uczeń Gastronomicznej Szkoły Zawodowej chodził na pochody aleją Piotra Wybawcy, machał turkusową chorągiewką na znak, że jest szczęśliwy i bił brawo inspektorom Rady Narodowej, którzy stali na ukwieconej trybunie i machali do mieszkańców szarfami. Wbrew temu, co miał przed oczami, wmawiał sobie, że widzi coś innego.

Oburzenie było pierwszą jaskółką, zapowiadającą, że w życiu Artura Paszczyka coś się zmienia, a towarzyszy temu potrzeba przeobrażenia swojego życia. Nim jednak wstąpił na drogę prowadzącą go, wraz z Józefem Szyją i wieloma innymi ludźmi, do zniesienia rządów inspektorskich, cieszył się teraźniejszością i kostką masła. Pragnąc wolności, nie potrafił jeszcze przekuć marzeń w działanie. Rodzący się bunt przygasł w nim na razie.

Być może przyczyniło się do tego masło? Zbyt wiele radości było z jego powodu, zbyt mocno zadziałało pragnienie akceptacji przez rodzinę. Artur stracił rozpęd wnikania w głąb własnych wątpliwości, nie stracił jednak z oczu innych ludzi. Empatia, wyczuwanie potrzeb, pragnień i nastrojów ludzkich ustrzegło go w przyszłości przed samolubstwem. Wielokrotnie znajdował się w sytuacjach, w których dostrzegał, że dobro własne nie jest czymś najważniejszym. Umiał współczuć i był życzliwy.

Ukształtowany przez ustrój Piotra Wybawcy, w codziennej walce o mleko i papier toaletowy, nie zatracił poczucia, że oprócz jednostkowego życia istnieje zbiorowość, o którą należy się troszczyć. Dostrzegał w niej ład, który był dla człowieka punktem odniesienia, niezbędnym, by żyć, rozwijać się, działać i tworzyć. Nim zrozumiał, że zbiorowość obejmuje wszystkich obywateli miasta, skupił się na rodzinie. Matka, ojciec, babka byli osobami, którym dobrze życzył, chciał im ulżyć i ułatwić ciągłe zmaganie się z podstawowymi potrzebami.

Widząc radość bliskich, lepiej rozumiał własne przeczucia. W oczach członków rodziny również dostrzegł tlące się oczekiwanie zmian. W świątecznym nastroju zadeklarował pomoc przy ustawianiu talerzy na stole, wycieraniu szklanek do połysku, krojeniu chleba i wędlin. Ojciec Artura, wtórując synowi, chciał poszerzyć krąg wspólnego uniesienia i spędzić wieczór rozmawiając z sąsiadami o przyszłości rodziny Paszczyków.

– Pójdę już po Maciejów – ponowił swoją propozycję. – Przecież muszą być z nami. Zawsze wspólnie świętujemy.

Katarzyna niechętnie odniosła się do pomysłu męża. Domyślała się, że entuzjazm Stanisława nie ma nic wspólnego z kostką masła i radością syna. Po trzydziestu latach pożycia rozpoznawała w mgnieniu oka, że entuzjazm męża, dorabianie pięknych słów do prozy życia jest niczym innym, jak chęcią napicia się wódki. Zgodziła się ze względu na syna. Ruchem głowy w stronę drzwi wejściowych dała znak, by poszedł zaprosić sąsiadów. Postawiła jednak warunek:

– Kolacja będzie trwała do dwudziestej trzeciej i ani minuty dłużej. Artur musi się porządnie wyspać.

– Święte słowa – wtrąciła się Anastazja. – Chłopak pracuje w stołówce resortowej, tej z najwyższej półki. Musi wypocząć. Ma wyglądać jak człowiek, żeby kierownictwo nie pomyślało, że jest pijakiem i hulaką i do pracy przychodzi po spędzonej nocy przy stole, a nie w łóżku – skończyła i spojrzała sugestywnie na swojego zięcia.

– Słońce moje, przecież wiesz – zwrócił się Paszczyk do żony, powstrzymując złość na teściową. – Zawsze jest tak, jak chcesz. Zresztą zobacz, wypijemy tylko po kieliszku, bo nie wypada, żeby ojciec z synem się upili. W dodatku ta kropla wódki będzie znaczyła, że nasz syn jest dorosły, samodzielny. Po raz pierwszy usiądę z nim przy stole i potwierdzę tym symbolicznym kieliszkiem, że nasz syn jest pełnoprawnym obywatelem miasta, ponieważ pracuje i zarabia na siebie.

– Zostaw tę swoją radość na jutro, kiedy łeb będzie ci pękał – odpowiedziała Katarzyna żałując już, że zgodziła się na propozycję męża.

Artur Paszczyk pragnął tego wieczoru zbliżyć się do ojca. Uznał, że jest po temu doskonała okazja. Na co dzień odnosił się do niego oschle, utwierdzał się w przekonaniu, że go nie cierpi, krytykował za pijaństwo i maniackie oglądanie telewizji. Brzydził się gnuśnego i nic nie znaczącego życia rodzica. Chciał iść z nim po Maciejów, by na schodach porozmawiać. Zmienił jednak zamiar. Postanowił pomóc w przygotowaniach do przyjęcia. Uznał, że bycie z ojcem przez kilka minut niczego nie zmieni ani nie poprawi ich relacji. Bardzo lubił natomiast krzątać się w pobliżu matki i babki. Pomagając kobietom, z przyjemnością przypatrywał się jak rozkładają na stole talerzyki, sztućce, salaterki, smakowite grzybki i dynie w occie. Nigdy mu nie zbrzydło słuchanie po raz kolejny babki, gdy mówiła o oddziaływaniu kształtów. Z ciekawością czekał, czy ustawi na białym obrusie talerze, szklanki, kieliszki i sztućce w takiej samej konfiguracji, w jakiej robiła to poprzednio. Wzór był identyczny. Później następowały uwagi o relacji między ludzkimi zmysłami, a zastawą na stole. Babka z lubością wyjaśniała, jaki wpływ na smak potraw ma odległość widelca od brzegu talerzyka.

Gdy Stanisław Paszczyk wrócił od sąsiadów, ruszył do łazienki, użył dezodorantu, przyczesał rzadkie włosy i przebrał się w sypialni w białą koszulę i garnitur. Ubrany i odświeżony zajrzał do kuchni.

– Maciek z Teresą przyjdą za pół godziny. Myślę, że zdążymy... Zdążmy kochanie? – zapytał przesadnie uprzejmym tonem.

– Tylko czy ty zdążysz? – odpowiedziała Katarzyna. – Zapomniałeś krawata, jesteś nieogolony, co znaczy, że niezbyt wielką rangę nadajesz przyjęciu. Mam nadzieję, że zakończymy je o dwudziestej. – zakończyła złośliwie.

– Pozory mylą. Wszystko przez tę kostkę masła. To jest najważniejszy dzień w naszym życiu. Jak tego nie rozumiesz, trudno – rzucił niezadowolony mąż i wycofał się do przedpokoju.

Katarzyna przygotowała półmisek z salcesonem, pieczywo w koszyczku, marynowane przekąski w małych szklanych miseczkach. Skroiła kilka pomidorów z cebulą. Artur, pośrednicząc między babką i matką, zanosił przygotowane jedzenie do salonu i zostawiał jej na brzegu stołu, tak by babka mogła dołożyć kolejny element do skomplikowanego układu.

Minęło pół godziny i rozległ się dzwonek do drzwi. Jak na komendę Paszczykowie zamarli. Arturowi zdawało się, że nikt nie wie, co zrobić. Nieobyty towarzysko, wystraszony i niedowierzający, że to właśnie dla niego zostało przygotowane przyjęcie i że to on powinien witać gości, czekał aż jego ojciec albo matka podejdą do drzwi. Domownicy, po usłyszeniu dzwonka, spojrzeli na niego. Tym razem on sam był gwiazdą wieczoru. Mimo, że domyślił się czego od niego oczekują, stał nieporuszony.

– Otwórz. To do ciebie – powiedziała Katarzyna uśmiechając się.

Drgnął, jakby przebudzony z drzemki. Otworzył drzwi. Na korytarzu stali sąsiedzi z parteru, Teresa i Maciej Ciechocińscy. Kobieta trzymała papierową torebkę, a mężczyzna akordeon w futerale. Wolną ręką przygładzał włosy i rozglądał się niespokojnie, jakby chciał sprawdzić, czy nikt ich na korytarzu nie obserwuje. Nie lubił wścibskich oczu sąsiadów. W ogóle nie lubił, gdy ktoś mu się przyglądał. Bał się. Lęk pozostał mu z czasów działalności Piotra Wybawcy.

Maciej Ciechociński pamiętał dobrze ów czas niepokoju i niesnasek międzydzielnicowych. Nieudolne rządy z okresu przedwybawczego zachęciły grupę ideowców z Piotrem Wybawcą na czele do działań zmierzających do obalenia Zarządu Miasta. Maciej został aresztowany jako podejrzany, przy którym znaleziono ulotkę informującą o nadchodzącym przebudzeniu uciśnionych. Był wtedy młodym chłopakiem, stał się przypadkową ofiarą walczących ze sobą stron konfliktu. Zatrzymano go podczas jednej z ulicznych łapanek. Umieszczony w obozie pracy, przeżył dwa lata za drutami, pracując na rzecz dogorywającego porządku publicznego. Los był dla niego łaskawy. Jeden z funkcyjnych strażników obozu, który selekcjonował dobrowolnych robotników, zapytał młodego Macieja, co umie robić. Odpowiedział, że umie grać na akordeonie i zagra, jeśli otrzyma instrument. W ten sposób dostał się do obozowej orkiestry. Akordeon uratował mu życie. Aresztowani mieszkańcy z różnych dzielnic byli tak skutecznie zachęcani do pracy, że tracili instynkt samozachowawczy i eksploatowali się ponad siły. Z lęku przed nadchodzącym „wybawieniem” pracowali nadmiernie na rzecz utrzymania legalnej władzy, niekiedy rezygnując z przydzielonych racji żywnościowych. Umierali w zastraszającym tempie.

Maciej Ciechociński, cały i zdrowy, choć mocno wychudzony dożył dnia, kiedy charyzmatyczny przywódca, Piotr Wybawca, doprowadził rewolucję miejską do końca. Wykazał w sposób niepodważalny, że mieszkańcy Karłowa, ci osadzeni w obozie jak i ci poza nimi, zostali zmanipulowani, oczadzeni fałszywą ideologią i pozwolili się zniewolić, zaś pod nowymi rządami, sprawowanymi za pomocą Rady Narodowej oraz inspektorów, wyzwolą się spod buta ciemiężców i zbudują miasto swoich marzeń.

Samouk akordeonista niechętnie odniósł się do propozycji Piotra Wybawcy, jednak większość obywateli Karłowa uwierzyła w słowa charyzmatycznego przywódcy. Jego wyznawcy w imię świetlanej idei, pełni wiary w sprawiedliwość społeczną, wymordowali część sceptyków. Pozostałych wypędzili na bezludne peryferia miasta. Maciejowi nowa władza zaproponowała bezpłatne kształcenie w szkole muzycznej. Odmówił. Uznał, że więcej nie będzie grał pod dyktando. Domyślił się, że muzyka w nowym ustroju potrzebna jest rządzącym, by zachęcać obywateli do wydajniejszej pracy.

Poobozowy stres sprawił, że przestał czytać nuty. Ilekroć patrzył na pięciolinię, zamiast pojedynczych półnut czy ćwierćnut widział czarne paski. Za to słuch miał absolutny. Udało mu się ukryć ten fakt, więc przestano go nagabywać. Zatrudnił się w miejskim złomowisku na stanowisku przepalacza. Odkrył, że granie czy też przygrywanie, jak z czasem nazwał swoją pasję muzyczną, daje mu o wiele większą satysfakcję niż muzykowanie w szerszym gronie i na większych scenach. Polubił grę dla przyjaciół, kiedy to siedząc przy zastawionym stole podczas imienin, rocznic czy innych okazji, oprócz grania na akordeonie rozmawiał na dowolny temat, wypijał kieliszek wódki i jadł w przerwach to, na co miał ochotę.

Popołudniowe spotkanie ze Stanisławem Paszczykiem, który pojawił się u niego z propozycją wspólnego świętowania kostki masła, uznał za żart. Myślał, że kolega z pracy wypił za dużo i przyszedł do niego, by jakąś sensacją wzbudzić w nim zainteresowanie i nakłonić do picia alkoholu. Entuzjazm Stanisława był jednak autentyczny, poparty garniturem, białą koszulą i starannie zaczesanymi włosami.

– Jak to nie rozumiesz? – Stanisław z pretensją odezwał się do Macieja. – Artur wrócił z pracy do domu z teczką. Co w tym niezrozumiałego?

– Ja też wróciłem – odpowiedział rozbawiony Maciej. – Co prawda bez teczki, ale jednak.

– I myślisz, że to takie śmieszne? Tak? – dopytywał obruszony Paszczyk. – W teczce było bezkartkowe masło! Całkowicie darmowa kostka masła – dokończył, wypowiadając wolno każdą literę.

– Co ty mówisz? Czy to w ogóle możliwe? – pytał zdruzgotany akordeonista. – Jakaś nowa inicjatywa charytatywna Rady Narodowej? Zbliżają się wybory. Może chcą nas obłaskawić?

– Jaka tam inicjatywa! Na głowę upadłeś? – tłumaczył. – Pamiętasz, po śmierci Piotra Wybawcy, naszego „zbawcy” i „wyzwoliciela” – mówił z przekąsem – dawali serdelki tym, którzy czekali w kolejce, by pożegnać…

– Tak, pamiętam – wtrącił Maciej. – Kilka razy stawałem w kolejce.

– No i masz odpowiedź. Limit cudów już wtedy się wyczerpał. Przyjdź z Teresą. Dowiesz się wszystkiego. Dobra. Muszę lecieć i pomóc moim kobietom.

Zaproszenie z okazji kostki masła uznał Maciej w końcu za dobry omen. Postanowił zbadać sprawę osobiście. Ubrał się odświętnie i usiadł wygodnie na wersalce obok pudła z akordeonem. Rozważał słowa kolegi. Od kilku tygodni Stanisław Paszczyk rozpowiadał w pracy, że jego syn został zatrudniony w stołówce Szkoły Nauk Rozumnych. Zazdrościł trochę koledze. Pomyślał, że gdyby jego syn pracował w stołówce resortowej, a nie jako ślusarz w zakładach mechanicznych, być może również w jego domu pojawiłaby się bezkartkowa kostka masła. Dzięki swoim dywagacjom pojął sens otrzymanego zaproszenia. Powierzchowne z pozoru znaczenie tego wydarzenia ukazało głębię, która w pierwszej chwili była niewidoczna. Uderzył się w czoło i krzyknął do żony:

– Przecież ta kostka masła zmieni się szybko w kilka kostek!

– O czym ty mówisz? – zareagowała Teresa Ciechocińska.

Maciej chciał sprawę wyjaśnić, ale doniosłość własnego odkrycia była tak brzemienna w skutkach, że postanowił milczeć. Machnął ręką z rezygnacją i poprosił żonę, by się ubrała.

– Idziemy na kolację do Staśka.

Kostka masła i jego własna przeszłość zdawały się mieć wspólny mianownik. Ciechociński pomyślał, że tak jak gra na akordeonie w obozie pracy uratowała mu życie i pozwoliła przetrwać w znośnych warunkach niewolę, tak samo rozmnożone kostki masła pozwolą przetrwać rodzinie Paszczyków w ustroju stworzonym przez Wybawcę. Chciał w skromnej części uczestniczyć w owym przetrwaniu i cieszyć się radością innych, gdyż wiedział, co znaczy promyk nadziei, chwila szczęścia, kiedy dopada człowieka zły los. Przy tym nie zazdrościł sąsiadom wiedząc, że on już raz otrzymał od losu premię i doskonale rozumiał, że w sprawach tak doniosłych jak przetrwanie, kusić przeznaczenia nie należy, trzeba tylko pokornie trwać, odsuwając od siebie egoizm.

Z życzliwym nastawieniem, stojąc przed drzwiami do mieszkania sąsiadów, wygładzał włosy. Opuścił rękę, gdy zobaczył w otwartych drzwiach młodego Paszczyka. Odsunął się, by żona pierwsza weszła do środka. Kobieta zrobiła krok do przodu i wyciągnęła przed siebie papierową torbę w stronę Artura.

– To dla ciebie.

Zaskoczony chłopak spojrzał na matkę pytająco, jakby szukał u niej wsparcia. Z papierowej torby wystawała szyjka butelki wina. Doskonale wiedział, że jest to Ciociosan, wino, które pił już kilkakrotnie na prywatkach ze znajomymi. Sytuacja krępowała go. Po raz pierwszy ktoś z dorosłych dawał mu wino w prezencie. Zwykle to on wręczał dorosłym alkohol, nie jako prezent, lecz na prośbę ojca, gdy zaczynało brakować procentów podczas uroczystości. Szedł wówczas do pani Kłosowej, która sprzedawała pokątnie alkohol po zawyżonych cenach. Przynosił butelkę lub dwie wódki i podawał je po cichu ojcu, tak by matka nie widziała.

Od lat Paszczykowie i Ciechocińscy gościli się wzajemnie i zawsze ich spotkania zaczynały się i kończyły podobnie. Najpierw siadali przy stole goście, następnie domownicy. Stanisław, po chwili ciszy, moszczenia się biesiadników na siedziskach, zachęcał wszystkich do wzniesienia toastu, którego treść zależała od okoliczności. Po trzecim toaście goście nabierali wigoru, zaczynali śmielej sięgać po grzybki i korniszony. Twarze nabierały rumieńców, głosy napełniały się radością, towarzystwo prześcigało się we wzajemnych uprzejmościach. W tak życzliwym nastroju Maciej Ciechociński sięgał po akordeon, zakładał paski na ramiona, odpinał rzemyk zabezpieczający miech instrumentu, wciskał jeden z klawiszy rejestru i delikatnie naciskał klawisze i guziki basów. Goście zaczynali nucić pod nosem do wtóru melodii. Dostrajali się do klimatu , przygotowywali, wyczekiwali na odpowiednią chwilę, by muzyka zagrała w sercach, by włączyć się w nią cichym pogwizdywaniem i poczuć w ciałach rozlewającą się błogość. Gotowi na kolejną odsłonę uroczystości, przygotowani fizycznie i duchowo, zaczynali tańczyć.

– Skoro dostałeś – odezwała się Katarzyna marszcząc czoło – wypada prezent przyjąć.

– O jesteście! Wchodźcie, wchodźcie – odezwał się zza pleców syna Stanisław Paszczyk. – Właśnie skończyliśmy robić jakieś małe co nieco – uśmiechał się promiennie. Podszedł do sąsiadki, ujął jej dłoń, podniósł do ust i pocałował. – Maciuś, nie stój tak na korytarzu. Wchodźcie od razu do pokoju.

Goście przeszli wolno z korytarza do salonu. Anastazja siedziała po lewej stronie wersalki, patrzą uważnie na sąsiadów. Teresa Ciechocińska ominęła stół i usiadła po prawej stronie.

– Miejsce pośrodku dla szefa kuchni – zawyrokował Stanisław i zachęcił syna, by zajął miejsce między kobietami.

Artur zaprzeczył nieporadnie, mówiąc że nie jest szefem kuchni, ale Maciej Ciechociński nie pozwolił mu dokończyć.

– Jeszcze nie, ale za parę lat zostaniesz szefem stołówki resortowej – zawyrokował siadając na końcu stołu.

Obok krzesła ustawił pudło z akordeonem. Po chwili przyszła Katarzyna z miską jaj na twardo w majonezie, przyozdobionych natką pietruszki. Była to ostatnia z potraw przygotowanych na przyjęcie. Na stole nakrytym białym obrusem w czerwone kwiaty stał już półmisek z kaszanką i salcesonem, a wiklinowy koszyk wyłożony kremową serwetką wypełniał pokrojony chleb. W małych miseczkach porozstawianych w różnych częściach stołu, zgodnie z teorią oddziaływania kształtów, pływały w occie ogóreczki, kostki dyni, marynowany czosnek i malutkie buraczki. W centralnym miejscu, na kryształowym talerzyku, spoczywała kostka masła, a tuż obok stała półlitrowa butelka wódki.

– To może wypijmy za pomyślność – odezwał się Maciej Ciechociński. – Stasiu, nalej pierwszą kolejkę.

Nagle zatrzymał wzrok przy nakryciu Artura. Nerwowo odwrócił głowę w stronę Stanisława i z pretensją głosie powiedział:

– Rozumiem, że chłopak nie jest solenizantem ani panem młodym, ale wypić kieliszek wódki ze wszystkimi powinien. Taki toast wpłynie dobrze na jego pracę w stołówce, a wam tutaj lepiej będzie się wiodło.

Podniósł się z krzesła, chwycił swój kieliszek i postawił go przed chłopakiem.

Stanisław podszedł do stołu, chwycił butelkę i już, już miał napełnić kieliszek syna, lecz zastygł nagle z ręką zawieszoną nad kryształowym talerzykiem z kostką masła. Dostrzegł spiętą twarz swojej żony.

Wszyscy zamarli, skrzypienie krzeseł pod wpływem moszczących się wygodnie biesiadników ucichło. Anastazja zastygła na moment na swoim miejscu, choć w niewidocznym prawie ruchu ciała szykowała rękę, by sięgnąć po widelec i nałożyć na talerzyk plaster salcesonu.

– Zgadzam się – bąknęła niezadowolona Katarzyna i zawiesiła na chwilę głos. Kiedy znów się odezwała, ton jej głosu był już łagodniejszy. – Ale Artur ma wyglądać jutro jak człowiek.