Patrząc na syna ukradkiem przez szklane przepierzenie między kuchnią, a dużym pokojem, czuła w sobie ciężar lat które przeżyła. Było to nieznośne uczucie jakiegoś bezpowrotnego przemijania przeplatanego wspomnieniami, wyblakłymi uczuciami czasem zapachami. Chciała się o kogoś troszczyć, opiekować się. Jej synowie od dawna byli poza tym, co ona nazywała opieką. Tęskniła za relacją, która rodzi się w chwili gdy dziecko zaczyna ufać dorosłemu, kiedy patrzy na matkę albo babcię wdzięcznie i nie boi się zadawać pytań nawet tych wstydliwych.

    Pani Bogumiła pracowała, miała kontakt z ludźmi, nie siedziała samotnie w domu jak większość jej koleżanek. Opiekowała się starymi, ułomnymi ludźmi w szpitalu. Była terapeutą zajęciowym, ale brakowało jej czegoś ożywczego, rozkwitającego, jakiegoś dodatkowego przypływu energii płynącej od dziecka, żeby dzięki temu mogła spojrzeć na siebie nie od środka, ale z boku, żeby poczuć radość samą z siebie, bez uwarunkowania, którą czuła gdy spotykało ją coś przyjemnego. I choć swoich przeczuć nie umiała nazwać, zauważała je. Bała się ich trochę, bo pojawiały się w niej nie wiadomo skąd i dlaczego. Rozumiała je, a jedynym wyrazem ich  były słowa modlitwy o tym, że każdy kto wierzy w Niego nie zginie, a otrzyma życie wieczne. Pani Bogumiła pocieszała się słowami z książeczki modlitewnej, którą czytała przed snem klęcząc przed krzyżykiem zawieszonym nad jej łóżkiem, ale w głębi duszy pragnęła, by ktoś po jej śmierci pamiętał o niej, docenił jej trud, żeby wysiłek jej przodków miał kontynuacje i by miała poczcie, że jej życie miało sens i przydało się komuś. Chciała mieć wnuka, ale nie takiego, który mieszka we Włoszech ze swoją matką, pierwszą żoną jest najstarszego syna Bogdana. Miała nadzieję, że jej młodszy syn ożeni się, będzie mieszkał w mieście, w którym ona się urodziła, że na świat przyjdzie dziecko, jej wnuk albo wnuczka i będzie mogła patrzeć na maleństwo i czasem bawić się z nim.

    – Jeśli nie chcesz się dowiedzieć od wróżki, co masz robić w najbliższej przyszłości, to sam się rozejrzyj wokół siebie. Odkryj ducha czasu. Idź za zmianami, które widzisz wokół. Jak tego nie zrobisz, to zmarniejesz i uschniesz jak niepodlewana roślina – powiedziała i postawiła talerz z gorącą zupą na stole.
    – Według mamy stoję na progu nowego życia, tak? I mam rozumieć, że nadszedł czas na założenie rodziny? – powiedział sarkastycznie Igor i uśmiechnął się złośliwie.

    Usiadł przy stole i zaczął jeść zupę. Śmieszyły go wróżbiarskie zapędy matki. Nie zamierzał chodzić na jakiekolwiek seanse tarota czy wróżenie z run. W duchu przyznał jednak matce rację. Codziennie widział zmiany na ulicach miasta, w sklepach, w nastrojach ludzi. Z okien wynajętej kawalerki gdzie mieszkał,  każdego ranka, kiedy jadł śniadanie przed wyjściem do pracy, widział fragment ulicy Kraszewskiego. Wydawało mu się, że ludzi ogarnęła niezwykła pasja handlowa. Każdy chciał coś kupić albo sprzedać. Od szóstej rano słyszał zgrzyt otwieranych, przesuwanych i dostawianych blaszanych mini straganów nazywanych popularnie „szczękami”. Ludzie przynosili w ogromnych torbach lusterka, plastikowe grzebienie, serwetki, bawełniane t-shirty sprowadzane z Tajlandii albo z Chin. Można było kupić damskie bluzki, staniki i kolorowe skarpetki w każdym rozmiarze. Handlarze za wschodniej granicy, mówiący po rosyjsku, Ukraińcy, Czeczeńcy i Białorusini przywozili ze sobą małe maszyny stolarskie, szlifierki, wiertarki i frezarki górnowrzecionowe. Ich stoiska uginały się od wierteł, tarcz ciernych, siekier, młotków i pił tarczowych do ręcznych pilarek elektrycznych.  Byli głośni i zdenerwowani. Ich małe sklepiki, poustawiane w rzędzie, wzdłuż krawężnika tworzyły długi pasaż handlowy, który rozrastał się każdego ranka, tworzył nienaturalną narośl na strukturze ulicy i chodnika, utrudniał ruch pieszy i samochodowy. Nikt z władz miasta tej ekspansji handlowej nie kontrolował. Pojawiały się w różnych miejscach miasta, na pustych placykach, między blokami mieszkalnymi i kamienicami mini bazarki, ale były tak małe i tak nieliczne, że handlujący przenosili się na ulicę i tam sprzedawali swoje towary. Jednak owe bazarki nie były pozostawione sobie samopas. Uchwałą Rady Miasta powołano do życia wydział egzekucji finansowej, który z mocy Uchwały Prezydenta Miasta, miał zorganizować pobieranie  opłat od „spontanicznego ruchu handlowego” – jak nazwał to jeden z radnych na comiesięcznej sesji Rady Miasta.

    Igor przyglądał się wielobarwnemu i gwarnemu tłumowi ludzi, którzy chcieli uszczknąć dla siebie kawałek wolności, zarobić na niej, poczuć na własnej skórze, że komunizm skończył się nieodwołalnie, a Polska jest wreszcie wolna i demokratyczna. Myślał wtedy, że skoro obwieszczono Polakom, że są wolni, że po 50 latach wojska Sowieckie opuściły Polskę, to otwiera się obszar, gdzie każdy pracowity człowiek, z pomysłem na tzw. biznes może wreszcie zarabiać pieniądze, a nie chodzić „na państwowe”, żyć od wypłaty do wypłaty i wegetować nie mogąc wyrwać się z objęć szarego dnia, kiedy każdy dzień podobny był do kolejnego bez możliwości wyjazdu za granicę. Próbował zwierzać się matce ze swoich planów, opowiadał jej o rozkwitającym biznesie, ale ona go nie słuchała. Żyła swoim rytmem, zasłuchana w to co sama ma do powiedzenia i gdyby  nie przypadek, który wywrócił myślenie Igora o niej, przypadek, który w swej istocie nie był przypadkiem, czy zrządzeniem losu, tylko nieubłaganą sekwencją zdarzeń zawartych w chwili urodzenia się jego, matki, brata i całej rodziny, myślał by o niej, zapewne do jej śmierci, jako osobie gadatliwej, która nie ma nic do powiedzenia, zasłuchanej jedynie w swoją narrację i nieuważnej na innych ludzi. Lecz zdarzenia ułożyły się tak w czasie i przestrzeni, uchyliły drzwi do tajemnicy, którą jego matka skrywała od lat, w którą mógł zajrzeć, kiedy wyszła na chwilę do sąsiadki, a on siedział przy stole i jadł zupę pomidorową i zobaczył kolorowy tygodnik leżący na wiklinowym stoliku, a pod nim wsuniętą kartkę papieru zapisaną ręcznym, starannym pismem jego matki. Chwycił za róg kartki i delikatnie wysunął ją do połowy. Przechylił głowę. Zdziwił się kiedy przeczytał dwa pierwsze zdania. „Wolność nie przychodzi z zewnątrz i nikt jej dać nie może. Miłość jest wolnością”.

    Zaskoczony słowem wolność, które słyszał odmieniane na różne sposoby, odkąd duża część Polaków uznała, że wraz z wyjazdem wojsk sowieckich z Polski skończyło się zniewoleniem komunizmem, a każdy kto chciał mógł cieszyć się wolnością jednostki. Igor chłonął tę wolność, ale nigdy nie zastanawiał się co kryje się za odzyskaną wolnością, za wolnością jednostki, co przynosi ze sobą i jak wpływa na życie.  Oglądał telewizyjne wiadomości, czytał gazety, słuchał o czym ludzie mówią w pracy na temat wydarzeń w kraju wyrażając swoje poglądy, zajmując jakieś stanowisko czy opowiadając się za jedną ze stron sporu. Nagle, dzięki dwóm zdaniom, uświadomił sobie, że w zalewie informacyjnym i w tym o czym sam myślał, na pierwszy plan wysuwa się słowo wolność. Ze zdumieniem zobaczył jak jego znajomi z pracy, przyjaciele, rodzina i on sam zachłystują się odzyskaną wolnością jakby ta wolność otwierała wszystkie zamki w drzwiach, rozwiązywał problemy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i zapewniała, że przyszłość stanie się bogata i szczęśliwa.

    Igor po przeczytaniu słów matki był poruszony. Próbował zrozumieć tę koincydencję, tę zbieżność myśli dwojga ludzie, zbieżność w tym samym czasie i chwili na ten sam temat. Rozochocony, rozgrzany planami na przyszłość, w której widział siebie jako człowieka sukcesu, rozmyślał i kreślił warianty na niewielki biznes, taki z ręki, na rozkładanym stoliku turystycznym. Czuł w sobie niewykorzystaną energię, ale nie mógł zdecydować w co tę energię ma zainwestować. Nie miał odłożonych pieniędzy więc pomysł, by przed oknami wynajętej kawalerki ustawić turystyczny stolik, a po kilku tygodniach, kiedy zarobi trochę pieniędzy, kupić blaszaną budę, rozłożyć w niej towar, zostać sprzedawcą  we własnym sklepie i liczyć zarobione pieniądze.

    Naiwnie sądził, że blaszana szczęka, mobilna, którą w każdej chwili można złożyć i rozłożyć w dowolnym miejscu, gdzie nie trzeba myśleć o jej ogrzaniu, o czynszu, o podatkach przyniesie mu olbrzymi zysk, dzięki któremu stanie się niezależny i otrzyma wolność, którą miał otrzymać.

    Śnił o karierze, o pieniądzach, które pozwolą mu realizować wszystko czego zapragnie, ale gdzieś podskórnie rozumiał, że tak naprawdę potrzebuje jakiegoś wyróżnienia, docenienia, bycia kimś w anonimowym tłumie krzątających się nieustannie ludzi. Nie zdawał sobie sprawy jak bardzo podobny jest do swojej matki. Różnica między nią, a nim polegała jedynie w sposobie wyrażania swoich pragnień i marzeń. Ona gadatliwa, nieustannie mówiła, jakby słowami chciała przyciągnąć do siebie wszystko i wszystkich, będąc w tworzonym kręgu punktem centralnym i najważniejszym.  On skryty, przyczajony, ukrywał swoje pasje milczeniem, chował je za ironią  i udawaniem, starał się pokazać, że na niczym mu nie zależy. Na własny użytek potrafił kalkulować po cichu, tak żeby nikt nie dowiedział się co gra mu w duszy. Tłumaczył sobie, że skoro przyjeżdżają ludzie handlować zza wschodniej granicy musi być to opłacalne i dochodowe.

    Szybko zrozumiał, że „szczękowy” biznes jest tymczasowym, chwilowym wybuchem, który wyłonił się nagle po latach tłumienia ludzkich inicjatyw, po latach uśpienia żywotnych soków, które w sprzyjających warunkach nabierają wigoru i ujawniają swoje moce, tak jak budzące się delikatne krokusy przebijające się do słońca spod warstwy śniegu.  

    Im dłużej przyglądał się ulicznemu targowisku przed swoim oknem, tym bardziej przekonywał się, że handel w blaszanej szczęce jest zbyt monotonny, zbyt otwarty w sensie przestrzennym. Wyobraził sobie przez chwilę siebie, stojącego przed blaszanym sklepikiem, jak zachęca przechodniów do kupna koszulki albo pompki do roweru i poczuł się obnażony, wystawiony na widok publiczny, narażony nie niewybredne komentarze, na złośliwe i niegrzeczne zachowanie kupujących. Szukał więc, rozglądał się i czytał czując jak wewnątrz coś go popycha, jak udziela mu się entuzjazm mieszkańców miasta, który widział na co dzień i zdawał sobie sprawę, że w całym kraju, podobnie jak w nim, budzi się życie, którego do tej pory nie znał. Było to jak wir wciągający wszystko i wszystkich, jakiś intensywny ruch widoczny w ludziach, na ich twarzach i w głosie.


***


    Rytmiczne bum, bum bębenka rozchodziło się po pokoju. Klara siedziała w składanym fotelu, wygodnym i obszernym – nogi miała skrzyżowane, na kolanach trzymała bębenek. Uderzała w jego skórzaną membranę patykiem znalezionym w parku Potulickich podczas pierwszego spaceru po zamieszkaniu w Pruszkowie. Starała się, by dźwięk bębenka nie był zbyt głośny. Za ścianą spał jej sześcioletni syn Antek. Cichutkie bum, bum bębenka było przeznaczone dla niej samej, jej wspomnień, dla przerywanej jedynie wibracją naprężonej skóry ciszy, w której się regenerowała, zanurzona w świecie trochę innym od codziennego. Świecie nocnych spotkań z samą sobą, ze wspomnieniami, z papierosem i lampką wina.

    Fotel stał bokiem przysunięty do czarnego kredensu, pamiątce z domu w Szczecinie. Klara  spojrzała na podłaźnik, zawieszony na haku pod sufitem. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Syn chciał choinkę, taką, jaką ubierał z dziećmi i panią w przedszkolu, ale namówiła go, by zrobili podłaźnik.

    – Pomyśl o szczurku – tłumaczyła. – Będzie się wspinał na choinkę. Może zrobić sobie krzywdę. Drzewko przy nim też nie będzie bezpieczne.  

    Odkąd Antek się zorientował, że Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym, wciąż pytał  o babcię i dziadka. Raz był w Szczecinie i zapamiętał starszego pana, u którego siedział na kolanach i mówił do niego „dziadku”, ale wtedy nie rozumiał, co to znaczy. Dopiero w przedszkolu koledzy mu wytłumaczyli, że dziadkowie to rodzice rodziców i mają bardzo dużo lat. Po niego do przedszkola przychodziła mama. Babcia umarła, kiedy Antka nie było jeszcze na świecie. Dziadek zmarł niedługo po wizycie mamy i jego w Szczecinie. Później mama sprzedała dom dziadków i kupiła mieszkanie. Wyprowadzili się z akademika w Warszawie do własnego mieszkania w Pruszkowie.
Antek lubił święta Bożego Narodzenia. Zostawał wtedy z mamą przez kilka dni w domu i przez godzinę dziennie oglądał telewizję. Siadał na poduszkach rozłożonych na podłodze i wpatrywał się w czarno-biały ekran turystycznego telewizora. Święta były dla niego czasem prezentów, gumy do żucia i palących się świec w dużym pokoju.

    W wigilię o zmroku mama ustawiała wszędzie świece. Zapalała je i brała go na kolana. Zza kredensu wychodził szczurek i śmiesznie poruszając wąsikami, wspinał się po poręczy fotela, jakby chciał z innej wysokości popatrzeć na palące się świece. Antek, ułożony na mamy kolanach, czując ciepło szczurka, wsłuchiwał się w jej słowa. Mówiła, że wigilia jest szczególnym czasem, ponieważ jest ostatnim dniem roku, kiedy ciemność na dworze jest najgłębsza, więc żeby tę głębokość zmniejszyć, potrzebne są palące się świece, które pomagają światłu nabrać blasku po to, by ludzie wyraźnie widzieli prawdę i sprawiedliwość. Wspominała też jego babcię, Melanię.

    – Kiedy babcia była mała, mieszkała w Pruszkowie, tak jak my teraz – opowiadała Antkowi. – Lubiła patrzeć w płonące świece, umieszczone w świeczniku, który nazywała chanukiją.

    Syn wniósł w życie Anny wiele radości. Nagle pojawił się obok niej ktoś bliski, komu mogła o wszystkim opowiedzieć. Przyszły też oczywiście obowiązki – troska o zdrowie dziecka, problemy z pieluchami, z gotowaniem posiłków – ale mimo monotonii i znużenia świat jej emocji poszerzył się znacznie. Praca zawodowa w Instytucie Badań Literackich, znajomi, opieka nad dzieckiem absorbowały ją, wyznaczały pewien rytm, ale czuła, że w tym, co robi, nie ma oparcia. Doskwierała jej samotność. Czasem chciałaby porozmawiać z kimś bliskim, zadzwonić, wyżalić się kochanej osobie po drugiej stronie słuchawki, żeby zrzucić z siebie przygniatający ciężar, ale nikogo takiego w jej życiu nie było. Wspólne bycie we własnym domu z dzieckiem były dla niej szczęściem, ale czuła czającą się w pobliżu pustkę. Bała się jej. Wypełniała ją wspomnieniami o rodzinie, o matce i ojcu.

    Mieszkanie w bloku przy Kopernika w Pruszkowie kupiła nieprzypadkowo. Miała nadzieję, że w ten sposób odnajdzie rodzinny dom matki, zbliży się w jakiś sposób do prawdy o swojej rodzinie. Wiedziała, że świat dzieciństwa jej matki odszedł bezpowrotnie. Pragnęła odnaleźć choćby cząstkę tego świata, otrzeć się o niego, żeby dokuczliwa pustka przestała dręczyć. Odnalazła na Żbikowie, przy ulicy 3-go Maja dom, w którym jej matka mieszkała z rodzicami. Stojąc przed nim, patrzyła w szklaną witrynę sklepu wielobranżowego.  Wyobrażała sobie, gdzie stała chanukija z palącymi się świecami, w którym pokoju bawiła się matka, gdzie stała furmanka, którą dziadek rozwoził towar do sklepów. Ilekroć wspominała matkę z czasów, kiedy mieszkali w Szczecinie, słyszała jej głos, czasem natarczywy, nieznoszący sprzeciwu, czasem łagodny, ale zawsze troskliwy. Kilka razy wydawało jej się, że wspomnienia nabierają realnych kształtów, stają się rzeczywistością. Słyszała, jak matka namawia ją, żeby zamiast choinki przystroiła podłaźnik w nowym mieszkaniu. Mogłaby przysiąc, że słyszała ją, stojąc przed domem na Żbikowie, choć wiedziała, że ona leży na cmentarzu w Szczecinie. Umarła niemal na jej rękach.

    Ze strzępków zdań matki, z zasłyszanych albo podsłuchanych rozmów Klara wiedziała, że matka z domu nazywała się Gerszyniak i mieszkała kilka lat ze swoimi rodzicami w Pruszkowie, że cudem uniknęła śmierci. Oskarżona o szpiegostwo przez bolszewików, została wywieziona do łagru Bidaik w pobliżu miasta Stalino w Związku Sowieckim, gdzie poznała obozowego lekarza. Po repatriacji do Polski pojechali do Szczecina i tam się pobrali.

    Kilka razy pytała matkę o przeszłość, ale ona zawsze odpowiadała, że wszystko zrozumie, kiedy będzie starsza. Po skończonych studiach czuła się starsza, ale wtedy matka zachorowała na raka płuc.

    Tydzień przed świętami  Antek miał już wszystko, co trzeba: kłębki wełny, srebrną folię, kolorowy papier, klej. Klara kupiła świerkowe gałązki, przesuszone orzechy włoskie i laskowe. Zbliżające się święta Bożego Narodzenia były dla niej szczególne. Minął rok, odkąd zamieszkała z synkiem przy Kopernika. Nie był to dom na miarę tego w Szczecinie – z ogrodem, z parkiem naprzeciw wejścia –  ale było to jej własne mieszkanie. Park też miała dosłownie za rogiem – piękny, ze stawami i kanałami, z kaczkami i łabędziami.

    Z bębenkiem między kolanami i uśmiechem na twarzy patrzyła na efekt pracy swojej i syna. Splecione świerkowe gałązki ozdobione były wysuszonymi ostnicami, szyszkami i bombkami zrobionymi z łupin kokosowych orzechów. Między zielonym igliwiem kryły się włoskie orzechy, misternie oplecione wełnianym sznureczkiem, a gwiazdki, kulki i serduszka uformowane ze srebrnej folii przypominały trochę lodowe skrzepliny, kiedy mróz ścina perlącą się wodę na igłach świerkowych drzewek.

    Sięgnęła po lampkę i upiła trochę wina. Czuła, jak przyjemne ciepło rozchodzi się ze środka brzucha po całym ciele. Uderzyła patykiem w membranę. Bum, bum. Przypomniała sobie sen z poprzedniej nocy. W pustym pokoju pojawił się przed nią karłowaty błazen w kolorowym stroju. Uśmiechał się do niej. Kiedy zdziwiona popatrzyła na niego, zaczął szybko rosnąć,  aż stał się olbrzymem. Otworzył szeroko usta i z jego gardła wyszedł po języku on sam w miniaturze. Zeskoczył na ziemię i tak jak jego pierwowzór w jednej sekundzie stał się olbrzymem. Wyglądało to tak, jakby czas się zaciął, jakby się replikował w identycznej formie i tym samym procesie.

    Drgnęła, słysząc ciche pukanie do drzwi. Spojrzała na zegar wiszący tuż nad drzwiami. Dochodziła pierwsza. Odłożyła bębenek na blat kredensu i wstała, ściskając patyk w prawej dłoni. Chwilę nasłuchiwała. Ból w palcach uświadomił jej, że się boi. Ciche pukanie do drzwi było dla niej jak zapowiedź nadchodzących kłopotów. Może błazen przyszedł się klonować, przemknęło jej przez  myśl. Absurd – odpowiedziała natychmiast sama sobie i uśmiechnęła się. Podeszła do drzwi. Chwyciła za klamkę, nieustannie nasłuchując, ale słyszała jedynie tykający  nad głową zegar. Uchyliła drzwi i wsunęła głowę w szczelinę. Przez okno w kuchni wpadało blade światło latarni, na tyle jednak mocne, by rozproszyć ciemność. Znów usłyszała pukanie. Lęk opuścił ją  na korytarzu, gdy przypomniała sobie, że za ścianą śpi jej dziecko. Podeszła do drzwi wejściowych. Przez osłonkę wizjera przebijało światło z klatki schodowej. Zerknęła. No tak, Seweryn; mogła się domyślić, kogo zobaczy. Poirytowana założyła łańcuch, przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi.

    – Mogę wejść? – zapytał mężczyzna. Czuć było od niego alkohol. Zdziwił się, gdy zobaczył łańcuch.  
    – Nie jestem sama! – powiedziała stanowczo. – Mówiłam ci, żebyś więcej nie przychodził.
    – Przecież on śpi – burknął urażony.
    – Nie dziecko mam na myśli  – rzuciła z kpiną w głosie.

    Zatoczył się lekko do tyłu, zaskoczony. Spodziewał się, że wejdzie do mieszkania, napiją się wina, które przyniósł, i po raz kolejny spróbuje przekonać Annę, że mogą zacząć od początku. Zmieszany i zdziwiony, zrobił minę, jakby chciał ją ofuknąć, zakpić  z jej słów.

    Patrzyła na niego z nieukrywaną satysfakcją. Nie zamierzała ani go wyśmiać, ani mu dokuczyć. W pewnym sensie był bezbronny – pewnie wyobrażał sobie, że panuje nad sobą i sytuacją, że przyszedł po to, co mu się należy. Poczuła lekkość, jakby emocje wiążące ją z tym mężczyzną pękły po to, by odpowiednio nazwała ich związek. Mogłaby go wpuścić. Po raz kolejny tłumaczyć rzeczy, które dla niej były oczywiste i normalne, ale wiedziała, że to niczego nie zmieni. Miała ochotę powiedzieć mu, że w dużym pokoju, gdzie pijał czasem poranną kawę i czytał gazetę, czeka na nią błazen, który tak jak on replikuje nieustannie bylejakość, tak samo nie ma odwagi spotkać się z samym sobą, przyjrzeć się swoim słabościom, tylko pławi się w przyjemnościach, nie widząc nikogo i niczego poza sobą. Poczuła ulgę. Pożegnała go, mówiąc łagodnie dobranoc.

    Wypiła resztkę wina. Usiadła w fotelu. Spotykała się z Sewerynem przez trzy lata i nagle odkryła, że nie jest on człowiekiem, z którym chciałaby zamieszkać. Od studiów nie spotkała nikogo, o kim mogłaby powiedzieć: to ten, na całe życie.

    Nie stroniła od mężczyzn – lubiła ich. Ojca Antka, Stanisława, poznała na zajęciach karate. Nic nieznacząca dla niej  znajomość niepostrzeżenie przerodziła się w głębsze uczucie. Urodził się Antek. Po roku wspólnego mieszkania w akademiku w Warszawie przestali jednak ze sobą rozmawiać. Stanisław zaangażował się w ruch Hare Kryszna. Starała się zrozumieć, dlaczego nagle jakiś garnek w domu stał się nietykalny, bo został przeznaczony na kultowe gotowanie, a nie do odgrzewania zup dla dziecka. Później umarł jej ojciec i jego śmierć stała się czymś w rodzaju oczyszczenia, jakby czas zatoczył koło i pokazał jej, że jest na początku poznawania siebie, odkrywania własnej historii – nie po to, by zadawać pytania „dlaczego”, „jaki to ma sens”, ale po to, by przyjrzeć się własnym lękom. Czuła, że to zaglądanie w siebie i swoją przeszłość przyniesie spokój i wewnętrzną równowagę.

    Pruszków ze wspomnień matki przyciągał ją i kusił. Dlatego po śmierci ojca sprzedała dom w Szczecinie i kupiła to mieszkanie. Chciała dotknąć świata, w którym żyła jej matka. Spacerowała po miejscach ledwie widocznych, utkanych wyobraźnią, miejscach dawno zapomnianych. Odwiedziła zaniedbany cmentarz przy ulicy Lipowej, gdzie z bujnych traw wyrastały kamienne płyty bez napisów. Przechodziła przez bramę zbudowaną w ciągu niskich kamienic przy ulicy Prusa, nazywaną przez Żydów „szczękami”. Patrzyła na pusty plac, niegdyś pełen życia, z synagogą, biurem i mykwą, po której zostały fragmenty posadzki, zarośnięte trawą, popękane i poplamione smarami, jakby ktoś naprawiał tam samochody. Patrząc na nie, przypomniała sobie słowa kuzynki Estery, o której opowiadała matka: „Miasto bez bożnicy jest jak ciało bez duszy”.

    W Szczecinie, kiedy jeszcze mieszkała z rodzicami, chodziła na śluby znajomych ojca ze szpitala i pogrzeby ludzi, których nie znała – próbowała zrozumieć to, co ludzie nazywali wiarą. Przyglądała się modlącym się w kościołach przed ukrzyżowanym Jezusem. Obserwowała kobiety stojące cierpliwie w kolejkach do konfesjonałów, by wyznać swoje grzechy, i skupionych mężczyzn, nieporadnie klękających przed kapłanem, wysuwających język po komunię. Rozumiała te potrzeby. Czuła odmienność przestrzeni, która  rodziła się w ciszy i spokoju. Była w tym pewność, że świat w istocie jest bogatszy, szerszy od tego, który widzi, że jest wszechogarniającym ciepłem, z którego wszystko się wyłania. W słowach kuzynki Estery znajdowała potwierdzenie swych przeczuć. Myślała o niej często. Wiedziała, że zginęła zagazowana w Oświęcimiu. Nie umiała wyobrazić sobie tej potworności. Wiedziała, że tak samo zginęła rodzina jej matki. Były to jednak tylko słowa, jakaś namiastka tragedii, potrzebna wyobraźni do stworzenia iluzji, żeby ból nie zabił od środka. Słowa mogła przekręcać, bawić się nimi, zmieniać znaczenia. Zbrodnia w sferze uczuć miała dla Anny inną pamięć – coś w niej krzyczało i buntowało się wobec przemocy. Dopiero kiedy dowiedziała się, że pruszkowscy Żydzi, przeczuwając swoją zagładę, rozebrali bożnicę, by ocalić przed Niemcami to, co uważali za istotę uczuć łączących ich z Bogiem, pojęła, że człowiek jest częścią tej innej przestrzeni, gdzie cisza i spokój są czymś nieprzemijającym, nazywanym przez kuzynkę Esterę duszą. Czuła dziwną tęsknotę do świata jej przodków, którego nie znalazła ani na cmentarzu przy Lipowej, ani za „szczękami” przy ulicy Prusa. To była potrzeba jej serca, kiedy zamierały w niej słowa. W życiu posługiwała się słowami i pojęciami, którymi, jak myślała, wytłumaczy i opisze wszystko. Ale one w zderzeniu z historią jej przodków traciły moc tłumaczenia. Wtedy pojawiała się cisza i spokój. Do głosu dochodziła dusza nierozerwalnie związana z kuzynką Esterą i rodziną.

    Klara lekko uderzyła w bębenek. Ciche bum, bum rozpłynęło się po pokoju innym dźwiękiem niż poprzednio – jakby wizyta Seweryna i wspomnienia o rodzinie zmieniły wrażliwość jej słuchu. Oprócz drgań naciągniętej skóry słyszała teraz drżenie pustego kieliszka, co wydało jej się niemożliwe. A jednak słyszała dźwięk szkła, które oddawało swoje poruszenie przestrzeni pokoju i ocierało się niczym mgła o bębenki jej uszu.